Followers

wtorek, 23 kwietnia 2013

[5] Toast za przyjaciół

     Uciekała. Miała wrażenie, jakby nogi same ją niosły, przestawszy chwilę temu współpracować z jej mózgiem, który teoretycznie powinien wydawać ciału polecenia. Nie panowała nad sobą i nie mogła nic z tym zrobić, co niemiłosiernie ją denerwowało. Nie lubiła tracić panowania nad sytuacją. Wolała mieć doskonale opracowany plan, punkt po punkcie; wolała go przestrzegać, nie pomijając żadnej z wytycznych, a tu co? Bałagan i chaos. Nadchodząca śmierć.
     Gęsta, lepka mgła oblepiała jej ciało w każdym możliwym miejscu. Tak się Hermionie przynajmniej wydawało, kiedy w dalszym ciągu biegła ciasnymi uliczkami, nie mogąc się z nich wydostać. Nikt z zespołu nie przewidział, że ścigany wpadnie na pomysł zwabienia ich na teren niemożliwy do deportacji. Ona tego nie przewidziała - miała wrażenie, że wpędziła swój oddział w istne piekło pełne przewagi przeciwnika, latających klątw i coraz to większej ilości padających ciał. Martwych. Aurorskich.
     Nie przewidziała. Zawiniła. Przyczyniła się do śmierci ludzi. Tylu ludzi! Jak mogła być tak głupia?
     Malfoy deptał jej po piętach. Słyszała jego opętańczy chichot, gdy biegła przed siebie, mając jednocześnie wrażenie, że ściany kamienic po bokach coraz bardziej się do siebie zbliżają, chcąc ją sobą zmiażdżyć. Ostre krawędzie kamieni raniły boleśnie jej dłonie i ramiona, rozrywając aurorską szatę. W momencie, gdy poczuła jego oddech na swoim karku, zadrżała i już miała się odwrócić, chcąc potraktować go pierwszą lepszą klątwą, kiedy dłoń blondyna zacisnęła się na materiale jej odzienia, ciągnąc brutalnie w tył. Skraj szaty wbił się w gardło, odcinając na chwilę dopływ powietrza. Gdyby nie mocny uścisk ścigającego ją śmierciożercy, upadłaby na ziemię, a tak, chwilę potem była już całkowicie przygwożdżona do ściany, ledwo trzymając się na nogach. Oddychała ciężko, charcząc, starając się wyszarpać z męskiego uścisku, ale na próżno. Bez trudu odebrał jej różdżkę, schował ją do kieszeni swojej ciężkiej szaty, a potem przysunął się, lekko, leciuteńko. Czuła ostry zapach jego oddechu na swoim nosie.
     Zadrżała mimowolnie, przymykając powieki. Zaraz jednak się zreflektowała i otworzyła odważnie oczy, patrząc na niego buntowniczo.
     - Ty... - zaczęła, ale przerwał jej, przykładając koniec różdżki do gardła. Umilkła.
     - Cii... - mruknął, niemal rozkoszując się tą chwilą. Sprawiał wrażenie, jakby dostał wreszcie upragniony prezent na Gwiazdkę, jakby zwabienie ich tutaj i pokonanie było jego największym marzeniem od czasu ukończenia Hogwartu. Kobieta czuła, jak 10-calowa różdżka sunie wolno po jej skórze. Nie panując nad sobą, zaczęła się wyrywać i szarpać, na nowo odnajdując w sobie siły, niechcący sama wbijając sobie jego różdżkę w gardło. Wierzgnęła, warcząc cicho pod nosem, a on nagle przestał, przyglądając jej się z zainteresowaniem. Miała wrażenie, że mgła znowu ją oblepia, zasłania jej oczy, uszy – była wszędzie, a potem pojawiła się ciemność. Zaczęła się w niej topić, a potem dusić...

     Oddychała szybko i urywanie, czuła wilgoć na policzkach, która kończyła się gdzieś w okolicy uszu, a całkowicie ginęła w gęstych i poskręcanych jeszcze bardziej lokach, rozrzuconych w nieładzie po poduszce. Rozglądała się dziko po ciemnym pokoju. Męskie dłonie ściskały mocno ją za ramiona, potrząsając nią przez cały czas.
     - Zostaw mnie - syknęła, chcąc zacząć się bronić i już miała ugryźć napastnika w rękę, gdy w ciemności odezwał się zaniepokojony głos Harry'ego.
     - Uspokój się, Hermiona.
     Po chwili otrząsnęła się z ogarniającego ją jeszcze chwilę temu koszmaru i rozpoznała czysty strach w słowach przyjaciela. Dziewczyna jeszcze raz rozglądnęła się po pokoju, oddychając już spokojniej; ręce przyjaciela zniknęły, za to on usiadł na skraju jej łóżka. Również odetchnął, w dalszym ciągu uważnie jej się przyglądając.
     - Gdzie Libby? - spytała od razu, natrafiając spojrzeniem na łóżeczko, w którym panowała wyjątkowa cisza.
     - Z Ginny w salonie. Śniło ci się coś złego i krzyczałaś, a zaraz potem ona zaczęła płakać, a jak nie przestawała to przyszedłem i och... - urwał, nieporadnie gestykulując. Gdyby nie to, że przed chwilą wierzyła, że ktoś rozcina jej wolno gardło różdżką, to roześmiałaby się, widząc jego rozwichrzone włosy, narzucony w biegu szlafrok i odbitą na policzku poszewkę poduszki. Daleko mu było do groźnego aurora, którym starał się być na co dzień.
     Kiwnęła głową.
     - Okej, to dobrze, dziękuję. Przepraszam - dodała jeszcze chaotycznie, mając na myśli to, że zerwała ich na równe nogi w środku nocy. Wytężyła słuch i gdy nie usłyszała Libby, odprężyła się bardziej, usiadła i odgarnęła z czoła mokre od potu włosy.
     Harry wzruszył ramionami.
     - Co ci się przyśniło?
     - Nic takiego - machnęła ręką.
     Mężczyzna uniósł brwi.
     - Nic? Wołałaś Malfoya przez sen.
     - Wołałam? Chyba prędzej krzyczałam na niego, ale nie przypominam sobie, żebym w śnie z nim rozmawiała - pokręciła głową.
     - Więc jednak ci się śnił. Co ci się śniło dokładnie? – ponownie zapytał z lekkim naciskiem.
     - Nic - powtórzyła. - Po prostu mnie gonił, to wszystko. Nie zajmuj sobie tym głowy – to zwykły zły sen - uśmiechnęła się lekko i odgarnęła kołdrę, wstając. Wiedziała, że chęć na sen zupełnie uleciała. Teraz pozostało jej zejść na dół i odebranie od Ginny dziecko, żeby przyjaciółka sama mogła się wyspać. Tak, właśnie tak. To po prostu sen. Nikt przez nią nie zginie. Nie pozwoli na to.
     Zarzuciła na ramiona szlafrok, przewiązawszy paskiem jego poły, a potem z lekkim uśmiechem podeszła do Harry'ego. Przytuliła go mocno i pocałowała w czoło, mrucząc ponownie ciche "dziękuję". Znowu w jej głowie pojawiła się myśl, co by bez niego zrobiła – był najwspanialszym przyjacielem pod słońcem.
     - Idź spać, jest jeszcze wcześnie, a jutro ciężki dzień.
     - O czymś nie wiem? - spytał z lekką dezorientacją, co wprawiło ją już w czyste rozbawienie. Pokręciła głową.
     - Po prostu, każdy nowy dzień może okazać się dłuższym, cięższym, groźniejszym... Zobaczymy.
     - Coś szykujesz - mruknął, ale mimo wszystko posłuchał jej i pożegnawszy się, wrócił do sypialni. Hermiona od razu ruszyła do salonu, gdzie czekała na nią Ginny. Gdy tylko ją zobaczyła, rzuciła przyjaciółce przepraszające spojrzenie, które ta zbyła machnięciem ręki. Ruda obdarzyła ją leciutkim uśmiechem i podała śpiącą już Libby, a potem wróciła cichutko, niczym myszka, do Harry'ego.
     Kiedy Granger była pewna, że jej przyjaciele na nowo zasnęli, nie wyniosła się z salonu, a usiadła wygodnie na kanapie, tuląc do siebie małe, cieplutkie ciałko córeczki. Bujała ją leciutko w rytm nuconej melodii, którą kiedyś słyszała co wieczór, gdy sama była dzieckiem. Trzymała właśnie w ramionach cały swój świat.
***

     Ciemność ponownie otaczała go z każdej strony, a on, przyzwyczajony już do niej, bez problemu odróżniał poszczególne kształty – zdezelowaną szafkę w rogu pomieszczenia, niski stolik z przekrzywionym woskiem świecy, a raczej z jej resztkami, których nijak nie dało się ponownie rozpalić. Nigdy nie przypuszczał, że będzie mu dane żyć w taki właśnie sposób, nawet przez chwilę, a tutaj mija już kolejny tydzień, rozpoczynający następny miesiąc. Leżał nieruchomo na niewygodnym materacu, który wyczarował, gdy przybył do swojej klitki po raz pierwszy. Patrzył w miejscami pokryty grzybem sufit, dostrzegając, że tu i tam tynk zupełnie odszedł, osypując się już gdzieś na skrzypiącą niemiłosiernie podłogę, gdy się po niej stąpało. Założył ręce za głowę, prostując kręgosłup.
     - Markus ma rację - mruknął z posępnym wyrazem twarzy. Skrzywił się wyraźnie. Wtem poderwał się nagle do pozycji siedzącej, na co plecy zareagowały niemym buntem. Zmełł w ustach ciche przekleństwo i machnął krótko różdżką. W pomieszczeniu zapaliła się jej końcówka. Zlustrował pokój uważnym spojrzeniem, a kiedy nie znalazł nic, co warte byłoby uwagi i należałoby do niego, zgasił różdżkę. Niemal w tym samym momencie rozległ się cichy trzask deportacji. Draco Malfoy, najbardziej ścigany przez aurorów śmierciożerca, zniknął ze swojej aktualnej kryjówki, by zgodnie ze wskazówkami przyjaciela przenieść się na teren Malfoy Manor.
     Przemierzył w spokoju ogród prowadzący do drzwi wejściowych. Ciężka, śmierdząca, brudna i miejscami potargana szata śmierciożercy ciążyła mu niemiłosiernie, a biała maska ocierała nieprzyjemnie o udo, przypominając mu, dlaczego musi teraz żyć tak, jak żyje. Z drugiej strony, gdyby ktoś go spytał, czy chce to zmienić, nie wiedziałby, co odpowiedzieć. Bał się zmian – jego życie zawsze było poukładane, od pierwszego stycznia do trzydziestego pierwszego grudnia każdego roku. Co ważniejsze, to nie on był autorem grafiku. Zwykle był nim ojciec lub Czarny Pan, któremu teraz przyszło mu służyć. Stop, pomyłka. Czarny Pan, który okazał się nieudacznikiem – to przez niego rodzina Malfoyów rozpadła się, a Draco, nie mogąc cofnąć czasu, musi tułać się w tej gnijącej na nim szacie.
     Z chwilą, gdy dotknął dłonią drzwi wejściowych, rozległ się za nimi zdecydowanie nieprzyjemny dla niego dźwięk dzwonka, który zawsze obwieszczał mu przybycie gości ojca - wyrachowanych, okrutnych i obrzydliwych śmierciożerców, ukrywających się pod przykrywką czystego, wyprasowanego dokładnie ubrania, które kosztowało każdego z nich po paręset galeonów. Od zawsze był częścią teatru, a wkrótce ponownie przyjdzie grać mu na jego deskach główną rolę.
     Otworzyła Narcyza Malfoy, czego zupełnie się nie spodziewał. Miał nadzieję spotkać najpierw jakiegoś skrzata domowego, o wolność którego kiedyś Granger tak walczyła, a nie swoją matkę. Czemu pomyślał o Granger? A, tak, to ona go ścigała. Już był martwy.
     – Draco... – szept wyrwał się z pobladłych nagle ust matki, kiedy zrozumiała, że to naprawdę on. Nie widzieli się twarzą w twarz, odkąd miejsce miała ostateczna bitwa w Hogwarcie, bo przez cały ten czas musiał się ukrywać. Aurorzy nie spoczywali, wysyłając nowe listy gończe za nieschwytanymi jeszcze śmierciożercami. On był na podium. Już niedługo. Wizja schwytania męczyła go od tygodnia, i w dzień, i w nocy, i prawdopodobnie to właśnie ona zmusiła go do pojawienia się na progu rodzinnej posiadłości w poszukiwaniu pomocy. Takiej pomocy, na którą mogło stać jego drogą matkę.
     – Och, Draco! To naprawdę ty – kręciła niedowierzająco głową i niespodziewanie przyciągnęła go do siebie, zupełnie ignorując odpychający zapach, jaki aktualnie mu towarzyszył. Tuliła go w swoich matczynych ramionach, pozwalając sobie na głośny, żywiołowy i tak szczery płacz, jakiego jeszcze nigdy nie było mu dane słuchać w jej wykonaniu. Przez chwilę stał nieruchomo, aż wreszcie objął ją mocno – tak mocno, jak dał radę, zważywszy na fakt, że przez ostatnie dni nie miał nic w ustach.
     – Wchodź szybko, synku, zanim ktoś cię zobaczy.
     Prowadziła go za rękę przez doskonale znane mu korytarze, które nie zmieniły się ani trochę. Dalej panował w nich mrok i chłód. Jednak po chwili zauważył niewielką różnicę. Było tu więcej śladów kobiecej ręki, więcej lekkości. Zaczął przyglądać się matce, która jednak długo mu na to nie pozwoliła. Zdjęła z niego ciężkie szaty, wręczając je od razu skrzatowi, a potem wprowadziła go przez sypialnię do łazienki. Łazienka, o Merlinie! Nie miał pojęcia, czy Narcyza rozumiała, co właśnie odczuł, ale i tak w to wątpił. Zawsze elegancka, pięknie pachnąca i zadbana nie mogła zrozumieć.
     – Umyj się, odpręż, doprowadź do porządku, a ja wszystkim się zajmę – położyła dłonie na zapadniętych policzkach i ucałowała powoli w brudne czoło. Kciukiem zmazała z niego lekką pozostałość po szmince z jej ust. Przyjrzała mu się jeszcze chwilę, aż wreszcie puściła go i zniknęła za drzwiami prowadzącymi na korytarz. Ledwo spostrzegł, że przed wyjściem dyskretnie otarła łzy z kącików oczu. Uśmiechnął się lekko, bo jej powitanie dodało mu otuchy. Zupełnie nie wiedział, czego się spodziewać - czy rzuci mu się w ramiona, czy każe mu się wynosić, czy mu pomoże, czy nie. Reakcja jego drogiej matki była dla niego zupełną zagadką do momentu, gdy ujrzał jej niedowierzające, pełne pustki spojrzenie. Ta pustka, tęsknota i długo towarzyszący jej smutek w mgnieniu oka zamieniły się w rosnącą miłość. Jako jedyna zawsze okazywała mu namiastkę troski, której jego ojciec i tak nie tolerował. Lucjusz zawsze powtarzał, że mężczyzna powinien być twardy i że jego syna spotkał prawdziwy zaszczyt, zaszczyt bycia Malfoy'em. Teraz temu samemu synowi przyszło zbierać plony życiowych ideologii swojego ojca.
     Woda była niebem. Zbawieniem. Ciepła woda zupełnym rajem, a pachnąca piana, która leciutko otuliła jego obolałe ciało podchodziła już pod wymyśloną przez niego własną definicję ósmego cudu świata, co w połączeniu tworzyło mieszankę nadzwyczajną. Na ułamek sekundy poczuł się dawnym chłopcem, żyjącym w tym całym luksusie, o którym zdążył zapomnieć przez ostatni rok. W trakcie godzinnej kąpieli, udało mu się doszorować bladą skórę, paznokcie oraz włosy, choć wszystko zabrało mu wyjątkowo dużo czasu. Gdy stanął potem przed lustrem, z biodrami obwiniętymi zielonym ręcznikiem, zobaczył się po raz pierwszy od wielu miesięcy na własne oczy. W tamtym momencie obiecał sobie, że będzie podziwiać matkę chociażby za to, że nie zemdlała w pierwszej chwili na jego widok. Reprezentował sobą żywy obraz nędzy i rozpaczy jeszcze po kąpieli, a co dopiero przed nią. Blizny, których nie mogła zauważyć, zdobiły w wielu miejscach wychudłe ciało; przebijające przez skórę żebra rzucały się w oczy, podobnie jak siniaki i krwiaki, których nie mógł wyleczyć w ciemnościach poprzedniej kryjówki. Wszystkie swoje dolegliwości i obrażenia był jednak w stanie znieść - kąpiel i odświeżenie, jakie ze sobą przyniosła, postawiły go wreszcie na nogi. Wrócił do swojej dawnej sypialni i od razu podszedł do szafy. Skarpetki, spodnie, biały podkoszulek i koszula w tym samym kolorze, to zestaw, którego na oczy nie widział odkąd... Odkąd był w Hogwarcie. Zdążył niemal zapomnieć, jak wygodny może on być (w porównaniu z szatą, w której przyszło mu spać, i chodzić na co dzień w ciągu ostatniego roku). Gdy wreszcie się ubrał, podwinął rękawy do łokci i odetchnął pełną piersią, co niemal przyprawiło go o zawrót głowy. Dawno nie dane było mu oddychać tak wolnym od smrodu i wilgoci powietrzem. Miał wrażenie, że choćby mógł zostać tu zaledwie jeden dzień, to wystarczy. Jego organizm na pewno się odbuduje. Oby jak najszybciej.
     Matka czekała na niego w jadalni, co bez problemu udało mu się przewidzieć. Siedziała do niego tyłem, ale i tak zauważył, że była spięta do granic możliwości. A może po prostu zdenerwowana i zaniepokojona? Chrząknął cichutko, wchodząc do pomieszczenia, a ta od razu zerwała się na równe nogi. W jednej ręce trzymała chusteczkę z rodzinnymi inicjałami w rogu. Zbliżyła się do niego i mocno go objęła, wdychając z ulgą zapach jego umytego ciała, połączonego już z wyraźną nutą ulubionych męskich perfum.
     – Więc to prawda – szepnęła w jego szyję, kiedy bez pośpiechu gładził dłońmi jej odprężające się powoli plecy.
     – Co takiego, matko?
     – Mój synek wrócił, cały i zdrowy – uśmiechnęła się, odsuwając się na długość ramion. Zauważył w niej uderzającą zmianę. Podczas, gdy się nie widzieli, porzuciła towarzyszącą jej nieustannie otoczkę nienaturalnego chłodu, wyrafinowania i nauczyła się okazywać uczucia, od razu, bez problemu. A może nie było to dla niej takie proste? Nie wiedział. Miał jedynie pewność, że pomimo wszelkich trosk, zmiana, jaka zaszła w jej życiu, mogła się okazać dobra. Dla niej.
     Uśmiechnął się słabo, kącikiem ust. Pocałował ją w czoło.
     – Usiądźmy, dobrze?
     - Och, tak. Na pewno jesteś głodny. Śnieżynko, podaj wreszcie obiad - powiedziała spokojnie do skrzata bez tej ostrości, z jaką zwykle jego rodzice się do nich zwracali. Obojętnie stwierdził w duchu, że nieobecność ojca też ma swoje jasne strony. Wyczuwał dzięki niej brak tego despotyzmu, jaki zawsze był w domu, rozkazów, zakłamania, co w sumie z zewnątrz dawało istny teatrzyk, a od środka piekło. Swojego czasu Hogwart był istnym wybawieniem – do momentu, gdy to on miał zagrać pierwsze skrzypce. Matka bez ojca wyglądała na swój własny sposób kwitnąco, nawet jeśli siwe włosy niemal zdominowały jej wspaniałą fryzurę, a delikatne zmarszczki pogłębiły się. Wciąż była piękna i zadbana.
     Usiedli do stołu. W mgnieniu oka pojawiły się przeróżne dania, jakby jego powrót był wielkim świętem. Wcale tak tego nie odczuwał. Wydawało mu się, że odniósł lekką porażkę, pokazując się na progu swojego domu, zupełnie pokonany, bez możliwości przeżycia następnych miesięcy bez pomocy matki. Ale w końcu od tego byli rodzice, prawda? Powinni dźwigać swoje dzieci na nogi, gdy się potknęli... Lub gdy musieli wstawać z klęczek, popchnięci na nie przez własnych ojców.
     – Dlaczego nie jesz? – spytała, wyraźnie zaniepokojona, kiedy po dłuższej chwili jego talerz wciąż świecił pustkami. Draco miał wrażenie, jakby jego żołądek wywinął koziołka w reakcji na te przeróżne zapachy i widoki, bombardujące jego zmysły.
     - Ostatnio niewiele jadłem i teraz wolę nie szaleć zbytnio – mruknął zwięźle. Wreszcie postanowił nałożyć sobie trochę gulaszu, dochodząc do wniosku, że płyny będą dla niego mniej niebezpieczne w obecnej sytuacji. Zabierając się powoli za jedzenie, przyszykował się psychicznie na zasypujące go pytania. Gdzieś głęboko w sobie miał jednak ochotę rzucić się na ten stół i zjeść wszystko, bo wygłodzony organizm podsuwał mu różne wizje, mówiące, że znowu nie będzie miał co jeść lub jak przejść się do sklepu, żeby cokolwiek kupić.
     Narcyza nie skomentowała więcej tempa jego jedzenia, ale wiedział, że tym bardziej ją tym zmartwił. W końcu nic dziwnego, była matką, a on jej dzieckiem. Niezależnie od tego, co by się działo, zawsze będzie się o niego bała i choć kiedyś ciężko było jej to okazać, tak od bitwy o Hogwart przychodziło jej to z większą łatwością.
     Rozmawiali o wszystkim – o tym, co działo się tutaj przez ostatni rok; o tym, co działo się u niego, gdzie był, z kim, co robił, jak udało mu się tak długo ukrywać, skoro coraz więcej śmierciożerców znalazło się już w rękach aurorów. W końcu padło najważniejsze dla Narcyzy pytanie: dlaczego się nie odzywał i dlaczego pojawił się właśnie teraz.
     – Pamiętasz Marcusa, prawda?
     Narcyza skinęła powoli głową, jednocześnie nieśpiesznie zajadając swój deserowy pudding.
     – Jak się miewa? To chyba jeden z lepszych chłopców, jacy się wokół ciebie kręcili, naprawdę go lubiłam.
     – Otóż, Marcus jest aktualnie aurorem.
     Odpowiedzią ze strony matki była niepokojąca cisza, ale tylko chwilowa.
     - To on cię ściga?
     - Skąd wiesz, że ktoś mnie ściga? – spytał niewinnie, wykręcając się chwilowo od odpowiedzi. Matka nagrodziła go popisowo uniesioną brwią i wymownie ściągniętymi ustami.
     – W innym wypadku nie pojawiłbyś się tutaj tak… nagle. Poza tym to, że nieco odcięłam się od czarodziejskiego świata, nie znaczy, że nie wiem, co w trawie piszczy. Jest za tobą list gończy, podobnie jak za pozostałą garstką. Nawet nie wyobrażasz sobie, jaką do tej pory czułam ulgę, kiedy czytając Proroka, nie znajdywałam tam żadnej wzmianki o tobie – pokręciła lekko głową, zapatrzywszy się na chwilę w okno wychodzące na ogród. Draco milczał dłuższy czas, ale w końcu musiał przerwać panujące między nimi milczenie.
     - Więc jak wiesz, ogólnie jestem ścigany przez aurorów, ale Marcus wciąż pozostał moim przyjacielem i pomaga mi. Powiedzmy, że jest podwójnym agentem, jak kiedyś Snape. Siedzi tam z nimi, słucha i obserwuje, a raz na dwa tygodnie odwiedza mnie i zdaje relacje z ważniejszych rzeczy. Prawdopodobnie tylko dzięki niemu przeżyłem do tej pory. Tutaj pojawia się odpowiedź na następne pytanie: dlaczego się pojawiłem. Otóż, droga mamo, Marcus miał dość odwiedzania mnie w zatęchłych ruderach i podpowiedział, żebym poprosił cię o pomoc.
     Narcyza analizowała usłyszane od syna informacje.
     - Zmieniłeś się, Draco.
     Blondyn, już odświeżony i pachnący, tak podobny do starego Dracona, spojrzał jej prosto w oczy.
     – Kto się nie zmienił, mamo? Jeśli jest ktoś taki, to musiał być szczęściarzem, żeby zostać sobą przez cały ten okres.
     Przytaknęła wolno. Ona też się zmieniła. Nauczyła się cieszyć każdą chwilą, dlatego uśmiechnęła się szerzej, niż normalnie jej się to zdarzało, a wcześniej zdarzało się to nader rzadko.
     - Jak mogę ci pomóc, synu?
     Po twarzy młodego Malfoy'a pojawił się pierwszy od dawna uśmiech bez tej malfoy'owskiej goryczy, z której zasłynął przed Marcusem ostatnimi czasy. Przez moment poczuł, że wrócił do domu.

* * *

     Nie wiedziała, czy dobrze robiła, czy nie, ale doszła do wniosku, że jeśli robiła źle, to lepiej byłoby to już mieć za sobą, jako że podejrzewała, że Marcus nie da jej spokoju. Potraktowała to więc jak zadanie domowe, z którym uczeń zazwyczaj nie chce się męczyć i odrabia je jak najszybciej albo odpisuje, żeby mieć z głowy. W tym wypadku ciężko byłoby od kogoś spisać, więc już w dwa dni po wizycie Kruma siedziała późnym wieczorem na krześle barowym w jednej z przyjemniejszych knajpek. Panowała w niej naprawdę miła atmosfera i była nawet wdzięczna Marcusowi za taki wybór lokalu, bo nie było od niego jakoś specjalnie daleko do domu. Im szybciej w domu, tym lepiej, przebiegło jej przez myśl, gdy zerknęła ukradkiem na zegarek. Została minuta do umówionej godziny, a jego wciąż nie było. Nie przyuważyła, żeby spóźniał się do pracy, ale z drugiej strony też nie obserwowała go jakoś specjalnie. Mimowolnie zaczęła stukać paznokciami o ladę baru, przyglądając się znowu pomieszczeniu. Nie potrwało to jednak długo, bo chwilę później widok przesłonił jej uroczy bukiecik kwiatów. Zamrugała, zupełnie zaskoczona i uniosła lekko głowę, odwracając się. Stał za nią uśmiechnięty Marcus, a na hermionowym zegarku wybiła umówiona godzina. Nie spóźnił się, pomyślała, mając jednocześnie wrażenie, że ogarnął ją jakiś paraliż, nie pozwalający się jej uśmiechnąć. Udało jej się to dopiero wtedy, gdy odebrała od niego kwiatki i zaciągnęła się ich zapachem, który był wyczuwalny pomimo dymu papierosów, dobiegającego z drugiego końca klubu.      Kiwnęła krótko głową, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
     Marcus uniósł brew.
     - Czyżbym sprawił, że panna Granger nie wie, co...? – zażartował, uśmiechając się, jak mały chochlik. Dziewczyna chrząknęła i zarumieniła się lekko, starając się zachować dobrą twarz. Jednocześnie mu przerwała. Wreszcie wzruszyła ramionami. Bawiła się spokojnie bukiecikiem.
     - Zaskoczyłeś mnie, to wszystko – przyznała w końcu, a usłyszawszy jego śmiech, popatrzyła na niego zdziwiona.
     Uspokoił się. Milczał przez krótką chwilę.
     - Masz jakiś taki niewyraźny wyraz twarzy, jakby... umówienie się ze mną było prawdziwą katorgą - powiedział wreszcie, a w jego spojrzeniu dostrzegła iskierki smutku lub zawodu. - Czego się napijesz? – zmienił taktykę, na nowo oślepiając ją olśniewającym uśmiechem.
     - Err... Tequila niech będzie, dzięki. I dzięki za kwiaty, są śliczne – dodała, choć nie miała zielonego pojęcia, co to za kwiaty. Może sam je wymyślił i transmutował? Choć o taką kreatywność zdecydowanie go nie podejrzewała. – Masz zamiar mnie upić? - spytała podejrzliwie.
     Marcus chwycił drinki i poprowadził ją w spokojniejszy kąt sali, podśmiewając się cicho pod nosem.
     - A co, jedna tequila zwali cię z nóg?
     - Zabawne - mruknęła.
     Postawił przed nią szklankę, siadając naprzeciw niej. Rozsiadł się wygodnie, obserwując ją uważnie, a gdy znowu się zarumieniła (prawdopodobnie ze złości), dał jej spokój i westchnął cicho, co bardziej zobaczyła, niż usłyszała.
     - Granger, Granger...
     - Tak mam na nazwisko, prawda – przytaknęła ironicznie, upijając łyk alkoholu.
     Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie.
     - Zrzućmy na dzisiejszy wieczór te aurorskie maski i bądźmy po prostu sobą, co? Po prostu dwójka przyjaciół na drinku.
     - Na miano przyjaciela trzeba sobie zasłużyć - zauważyła z czystym rozbawieniem, troszkę złośliwie. Uniósł brwi i mrugnął, przyznając jej rację.
     - W takim razie dzisiaj zacznijmy się starać o wzajemne prawo do tego miana - nie dawał za wygraną, unosząc w lekkim toaście swój alkohol. Co jej szkodziło? To tylko jeden wieczór.
     – Zobaczymy – mruknęła leniwie, podejmując toast.

9 komentarzy:

  1. Wow, rozdział ciekawy, czekam na następny z utęsknieniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej. Może to zabrzmieć głupio, ale kiedyś wyobrażałam sobie taką historię. Może nie w 100%, ale miałam wizję że Ron bił Hermionę, i ona była z Krumem. Tyle z mojej wizji... opowiadanie - jedno z najlepszych. Wciąga, ma ciekawą fabułę, każdy wątek jest rozpisany. Czego chcieć więcej. Będę tu zaglądać...

    K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, jak miło mi coś takiego czytać :) Staram się, żeby wszystko było jak najlepiej, ale dużo jeszcze brakuje, żebym była zadowolona!
      Pozdrawiam i zapraszam ponownie :)

      Usuń
  3. Jak osoba pode mną wcześniej napisała - tutaj wszystko jest idealne. Idealnie rozpisane wątki; idealnie wykreowani bohaterowie, którzy z rozdziału na rozdział nagle nie zmieniają swojego charakteru; idealna fabuła. Nie wspominając o pomyśle, z którym się dotąd nie spotkałam - a to jest naprawdę rzadkie, żeby wpaść na historię, z którego szablonu ktoś wcześniej nie skorzystał. Czy rozdział jest moim ulubionym... Chyba tak. Zachowanie Narcyzy - wielki, wielki plus. Tak moim zdaniem powinna zachowywać się przez cały czas, ale najważniejsze, że kiedy Lucjusz zniknął z ich życia w końcu odżyła. Jeżeli Marcus spotyka się z Hermioną tylko dlatego, żeby podstępem dowiedzieć się czegokolwiek, ma u mnie olbrzymiego minusa. Ale co do tego - przekonam się w przyszłych rozdziałach, bo nie mam pojęcia, jakie są jego prawdziwe zamiary. Co do Lucjusza - nie było chyba wspominane czy żyje, czy nie, więc przypuszczam, że był jednym ze śmierciożerców, których już złapano bądź nie żyje. Coraz bardziej zaczynam uwielbiać tego bloga:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Genialne opowiadanie... Dawno nic mnie tak nie wciągnęło. Masz genialne pomysły. Niestety muszę jak na razie kończyć czytanie, ale na pewno tu wrócę, bo długo nie wytrzymam bez kolejnego rozdziału...
    Pozdrawiam i życzę weny

    OdpowiedzUsuń
  5. Opis snu Hermiony, był świetny! Trochę szkoda, że nie wydarzył się naprawdę. Jestem ciekawa, kiedy wreszcie się spotkają?!
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Marcus mi się nie podoba, typowy buc i oszuścik. Draco jest za to dobrze wykreowany, choć ja sobie go inaczej wyobrażam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Marcus mi się nie podoba, typowy buc i oszuścik. Draco jest za to dobrze wykreowany, choć ja sobie go inaczej wyobrażam.

    OdpowiedzUsuń

- +