Followers

niedziela, 27 stycznia 2013

[Prolog] W kwiecistej oprawie zawarte


Nikt nie był zdziwiony, gdy po ostatecznej bitwie wróciła na ostatni rok nauki do Hogwartu, by w pełni ukończyć tę szkołę i zdobyć odpowiednie wykształcenie młodego czarodzieja.
Nikt nie był zdziwiony, że dokonała tego z jak najlepszymi wynikami, sprostowując oczekiwaniom, jakie w niej pokładano przez wszystkie te lata, które przeżyła w murach wiekowego zamku, gdy rok za rokiem towarzyszyła Chłopcu, Który Przeżył w ratowaniu Czarodziejskiego Świata przed całkowitym odrodzeniem się Czarnego Pana. Mogła teraz realizować się w dalszym życiu, sięgając po kolejne kamienie milowe i osiągając nowe cele, które sobie wyznaczy. Była młoda, samodzielna, a jej życie było pełne perspektyw.
Stała się jego panią.

Londyn, 25 października 1999r.
To niesłychanie dziwne, jak człowiek potrafi się zmienić w ciągu paru lat. Poza tym… to naprawdę ironiczne podejmować decyzje, które mogą zaważyć na całym naszym życiu, kiedy tak naprawdę wciąż jesteśmy głupimi, naiwnymi dzieciakami. Czasami dochodzę do wniosku, że ktoś najwyraźniej tego po prostu nie przemyślał.
Dawniej nie pomyślałabym nawet, że dzień mojego ślubu nastanie tak szybko po zakończeniu szkoły. Miałam w końcu zaledwie dwadzieścia lat! Tymczasem jednak to wszystko działo się naprawdę i – choć dawniej nie brałam takich opcji nawet pod uwagę – już za parę godzin, wychodząc za Rona, stanę się panią Weasley. Jeśli mam być szczera, mam wrażenie, jakbym należała do tej rodziny od wielu lat, czego nie da się ukryć. Ślub, wydaje mi się, zmieni jedynie to, że od dzisiaj zacznę nazywać się inaczej. To wszystko.
Denerwuję się okropnie – moje ręce drżą i pocą się, co jest dla mnie swojego rodzaju niespodzianką. Chciałabym, żeby wszystko było idealne, chyba każda kobieta o tym marzy, nie należę tutaj do wyjątku. Nie wszystko jednak jest tak kolorowe, jakby mogło być. Mój ojciec z pewnych niewyjaśnionych jeszcze powodów od pewnego czasu nie znosi Rona i wcale się z tym nie kryje, co też nie pomaga mi ani trochę. Owszem, niektóre uwagi dotyczące mojego narzeczonego są wyjątkowo trafne, ale czy nie na tym polega właśnie miłość? Na akceptacji wad drugiej osoby i przyzwyczajeniu się do jej dziwactw, na dopełnieniu nimi swojej własnej codzienności… Zastanawiam się, co moje obydwie babcie mówiły te dwadzieścia lat temu, gdy to rodzice brali ślub.
Zerkam właśnie w ogromne lustro, przed którym siedzę – widzę w nim kobietę, która ma niewiele wspólnego ze mną. Ubrana w białą suknię, z kwiatami we włosach i ze ślicznym makijażem wygląda po prostu pięknie, ale czegoś w niej brakuje.
Ważki zdenerwowania zaczęły tańczyć w moim brzuchu, chcąc się z niego jak najszybciej wydostać. Paskudne uczucie!

Londyn, 14 marca 2000r.
Jest... dość miło. Minęło niecałe pięć miesięcy, Ron swojego czasu był jak książę z bajki, teraz już trochę mniej... Ale bądźmy realistami, czy ja jestem księżniczką? Nie można żyć ciągle wyśnionymi marzeniami, bo w końcu przestaniemy odróżniać je od otaczającej nas rzeczywistości. Słodycz może nas zepsuć, a taki drobny okruch goryczy zawsze przytrzyma w pionie.
 Rzeczywiście, może nie jest tak, jak to sobie wszystko początkowo wyobrażałam, ale na pewno będzie jeszcze wspaniale (czy przed chwilą nie wspomniałam przypadkiem czegoś o ziarnie goryczy i przestaniu żyć bajką?). Trzeba się do siebie przyzwyczaić, prawda? Do wszystkiego, czyli w skrócie: do momentami oschłego męża, do pracy w Ministerstwie w Departamencie Obrony Praw Czarodziejów, a nawet do tego despotycznego, otwarcie dyskryminującego kobiety Spencera, który jest moim przełożonym. Albo szczególnie do niego. Jeśli myśli, że zdoła mnie stłamsić, to się grubo myli i wkrótce mu to udowodnię. Burak.

Bułgaria, 10 maja 2000r.
Naiwna? Naiwna. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać, nie potrafimy na siebie nawet patrzeć... Merlinie, kiedy to się stało? Nie minął nawet rok, odkąd jesteśmy małżeństwem, a ono już się sypie? W porządku, nie dzieje się to od wczoraj, ale od tygodni jest coraz gorzej. Jego wciąż nie ma w domu, a gdy przychodzi, jest taki inny. Z każdym dniem jeszcze bardziej. Po prostu uciekłam, gdzie mogłam, nie mogąc znieść jego powarkiwań i narzekań, krzyków i nawet przemocy, do której nieraz się posuwał. Czemu? Czym zawiniłam? Choć przykro mi to przyznać… ale najwyraźniej te ojcowskie radary, o których tak wszyscy zapewniają, to nie plotki i tata rzeczywiście widział w Ronie to, czego ja nie byłam w stanie dostrzec, będąc pewną, że po tych siedmiu latach znajomości znam go doskonale. Wszakże nie było tak? Spędzaliśmy codziennie sporo czasu, co dawało podstawy do tego, żeby... uch. Może jednak wtedy było tego czasu za dużo, dlatego teraz brakło chęci na jeszcze więcej?

Londyn, 16 maja 2000r.
Fakt, wizyta akurat w tym momencie u Wiktora to nie był najodpowiedniejszy pomysł.

Londyn, 17 maja 2000r.
Wrócił do mieszkania pijany, a prócz odoru alkoholu i papierosów, które zaczął jakiś czas temu palić, wyczułam nutkę znajomych damskich perfum. To takie… typowe. A ja, głupia, sądziłam, że skoro znam go te naście lat i naprawdę go kocham, to los wielu małżeństw jednak mnie nie spotka (szczególnie po tak krótkim czasie). Ron prawdopodobnie nie wie, że byłam u Wiktora.

Londyn, 18 maja 2000r.
Chyba już wie, bo wrócił wściekły i zrobił wielką awanturę, którą słyszał prawdopodobnie cały Londyn. Stwierdził, że jestem dziwką Kruma, całkowicie zapominając o Lavender, która jest z kolei jego dziwką (Patil nigdy widać jej nie lubiła, skoro podsunęła mi tę wiadomość nawet po ukończeniu szkoły, kiedy widujemy się już tak często jak w Hogwarcie. Ba, my się w ogóle nie widujemy). Wieczorem pojechałam do Harry'ego i Ginny, decydując się w końcu im o wszystkim powiedzieć. Nie lubię prosić innych o pomoc, tak bardzo nie lubię, ale jeśli to może w jakimś stopniu pomóc, to dlaczego nie? Ewentualnie.

Londyn, 23 sierpnia 2000r.
Pani Granger, witamy na bruku. W związku z postępującym kryzysem, zdecydowaliśmy się pozbawić panią posady w Ministerstwie Magii na rzecz innych tępych czarodziejów, którzy ledwo ukończyli Hogwart oraz inne szkoły... lub w ogóle tego nie dokonali.
Jestem dwudziestojednoletnią rozwódką po burzliwym małżeństwie, w którym mąż zdradzał mnie z trzema dawnymi koleżankami. Mieszkam w jakiejś śmierdzącej klitce, bo Ronaldowi udało się zachować mieszkanie i podejrzewają mnie o przykrą bezpłodność, która jest już domeną biednej Ginny. Merlinie, czemu nie rzucasz klątwami, skoro to widzisz? Obecna sytuacja nie wymaga chyba dłuższego komentarza.

Bułgaria, 30 sierpnia 2000r.
Co mam do stracenia?
W sumie nic, a jak dotąd tylko on potrafił wyciągnąć pomocną dłoń z zamierzonym skutkiem. Jestem tu parę dni, a Wiktor jest po prostu jak plaster do rany - wspaniały, idealny, działający w mgnieniu oka. Tęsknię za Harrym i Ginny, ale teraz moje zniknięcie to najlepsze rozwiązanie.
Jestem tchórzem.
Ale Wiktor jest wspaniały, co już napisałam, a w tym momencie przyniósł mi wyśmienitą jajecznicę, której zapach wręcz zniewala i zwala z nóg. Dawno nikt mnie tak nie rozpieszczał, jak to robi on. Her-mi-jo-ni-na...
Wcale się nie nabijam, to słodkie.

Bułgaria, 15 grudnia 2000r.
Dlaczego nasza znajomość po balu niemal się urwała?
Może, gdyby Ronald nie panoszył mi się wtedy pod nosem przez cały ten czas, ostatni rok mojego życia wyglądałby zupełnie inaczej? Byłabym szczęśliwą panią Krum, a Wiktor przynosiłby mi śniadania na tacy do łóżka, aromatyczny zapach kawy działałby na mnie lepiej, niż jakikolwiek czar, a on... Och.
Oooch, klekssssy.

Bułgaria, 24 stycznia 2001r.
Każda bajka kiedyś się kończy.
Moja i Rona się skończyła, moja i Wiktora również się skończyła, najwyraźniej taka kolej rzeczy. Mówią, że do trzech razy sztuka, ale już po raz drugi spotkało mnie niemal to samo i jeśli powtórzy się to jeszcze raz, to będę naprawdę wściekła i ten ktoś, kto mi to zrobi, będzie w prawdziwych tarapatach.
Pod moim sercem rośnie mały kleks – mój i Wiktora, ale on wcale go nie chce, a jego miłość do mnie zniknęła w ułamku sekundy po tym, jak mu o tym powiedziałam. Ja za to znowu zostałam sama i siedzę właśnie w toalecie, gdy on z wielką życzliwością pakuje moje rzeczy. To tak w skrócie.
Ale nie można być takim pesymistą. Ludzie w końcu przestaną uważać mnie za bezpłodną i wreszcie zjawi się ktoś, kogo będę mogła pokochać bez obawy, że mnie zostawi.

Londyn, 18 września 2001r.
Mam już niemal dwadzieścia dwa lata i, pomimo wszelkich przykrości ostatniego roku, jestem najszczęśliwszą matką na świecie, bo właśnie dziś urodziłam najpiękniejszą dziewczynkę, jaką świat kiedykolwiek widział. Libby. Ciemne włoski i oczy, zupełnie jak u Wiktora, co niestety uparcie będzie mi o nim przypominać, ale z drugiej strony – gdyby nie on, nie mogłabym trzymać w ramionach tego małego, wspaniałego skrzacika, który oficjalnie stał się moim bezcennym skarbem.
Poza tym… oprócz bezcennego skrzacika mam też bezcennych przyjaciół. Nie wiem, jak poradziłabym sobie bez nich w ciągu ostatnich miesięcy.

Londyn, 12 listopada 2001r.
Libby jest już ulubieńcem wszystkich, a Harry'ego szczególnie. To trochę niezręczne, że mieszkam z dzieckiem akurat u nich, gdy Ginny sama własnego mieć nie może, ale oni nawet nie chcą słyszeć, żebym się wyprowadziła. Obydwoje traktują Libby jak swoją córkę i jak najbardziej nie mam im tego za złe, aczkolwiek może to być dla nich w pewien sposób niebezpieczne, jako że wkrótce, jeśli tylko wszystko pójdzie dobrze, stanę na własne nogi (kolejny raz dzięki Harry'emu, który napomknął o mnie w Biurze Aurorów, a ci od razu zgodzili się mnie przyjąć, znając moje osiągnięcia jeszcze ze szkoły. Jedyne, co muszę zrobić, to przejść przyspieszone szkolenie). Jeśli rzeczywiście dostanę tę pracę, mogąc jednocześnie dalej liczyć na pomoc Ginny przy Libby, to może uda mi się odbić od dna w zawrotnym tempie. Dalej jednak nie wiem, jak im się wszystkim odwdzięczę.
 Właśnie zaczęło wschodzić słońce.


18 komentarzy:

  1. No, to chyba mamy komplet. Szablon jest, kolumna boczna uzupełniona, kartki z pamiętnika są. Taka historia w pigułce. I wpis z 16 maja 2000r. wciąż jest moim faworytem!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zostałaś z powodzeniem przyjęta do Stowarzyszenia-DHL ;) Zapraszam do wzięcia udziału w konkursie, który został ogłoszony na Stronie Głównej Stowarzyszenia ;)

    Pozdrawiam, Alex ;*

    http://Stowarzyszenie-DHL.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Jej, już uwielbiam to opowiadanie :)Wpis Bułgaria, 24 stycznia 2001r. Kocham

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaczynam czytać! Zapowiada się obiecująco ^^. Lecę dalej!

    OdpowiedzUsuń
  5. Po lewej widzę, że powróciłaś. Weszłam tu pierwszy raz nie wiem jak to wyglądało wcześniej aczkolwiek pierwszy raz napotkałam się z tak dobrym prologiem. Żadnych niejasności tylko same rzetelne informacje zawarte w pamiętniku Hermiony. Super. Idę czytać dalej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :) Mam nadzieję, że dalsze rozdziały również sprostają oczekiwaniom

      Usuń
  6. Aaa! Wiedziałam, wiedziałam, że w końcu zaczniesz coś pisać. "Coś" - czyli dramionowate twory. Postanowiłam skomentować każdy rozdział, prolog również. Jest interesujący, jak i - co wspominała osoba nade mną - posiada same rzetelne informacje. Współczuję Hermionie: już pomijając Rona (który został tutaj wykreowany na ostatniego dupka, co nie jest żadnym zaskoczeniem, ale mimo wszystko i tak go nie cierpię...), jednak zachowanie Kruma całkowicie mnie rozczarowało. Spodziewałam się tutaj szczęśliwego związku, tego, że Hermiona namówi go do przeprowadzki do Anglii, a on po prostu... nie chciał ich dziecka.

    Zaskakujesz już w prologu - nie tylko informacjami i zapisem, ale i przebiegiem wpisów z pamiętnika. Wszystko jak najbardziej na plus.

    Buziaki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w ogóle nie lubię Rona, ale chyba Ci to mówiłam. Pozbywam się go już zawsze na samym początku! :)

      Usuń
  7. Świetne, Boże. Naprawdę. Dziękuję ci, dlatego, że w najcięższym okresie dla mnie do pisania własnego ff, znalazłam coś co przywraca mi siły. Dziękuję <3
    E.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wikor i Ronald, to świnie! Żal mi Emmy, że ma za ojca takiego kretyna. Ciekawi mnie co tam u Malfoya?
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Wpadłam przez przypadek i przepadłam... Świetny prolog, jasny i doskonale rozwiniety. No ale ja się nie rozczulam tylko lecę dalej czytać! :D
    Pozdrawiam Schanee :*

    OdpowiedzUsuń
  10. No cóż ja mogę powiedzieć - na początku myślałam, że mi się nie spodoba, dziecko Kruma, nieudane małżeństwo i te sprawy. Nie lubię takich wątków, jednak coś mi powiedziało, żebym zobaczyła i przeczytała pierwszy rozdział.
    Z przykrością stwierdzam, że się zakochałam... xD

    OdpowiedzUsuń
  11. Wreszcie trafiłam na Twojego bloga i postanowiłam przeczytać. Prolog jest genialny piszesz bardzo dobrze i ciekawie :)
    Lecę czytać dalej ;)
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń
  12. Prolog mi się niezbyt podoba. Bo kurde, wszystko potraktowałaś bardzo po macoszemu, właściwie nie rozwijając kwestii, a potencjalny czytelnik ma w to uwierzyć i tyle.
    Pierwszą sprawą jest Ron, nie mam nic przeciwko robieniu z niego bad assa w fikach, jeśli jest to UARGUMENTOWANE. A w tym przypadku posłużył on jako ten czynnik, dzięki któremu w wyniku kolejnych zdarzeń Hermiona ma trafić w ramiona innego. Schemat tak popularny i niestety nie najlepszy, a można tyle wymyślić! W ogóle nie pojmuję Twojego Rona, bo mam wrażenie, że ten z kanonu i Twój to dwie różne bajki. Przede wszystkim miałby ja zwyzywać od dziwek? Och, tak, to wcale nie on ją bronił przez Malfoyem na 2. roku, gdy ten nazwał ją szlamą. Hm, te zdrady Rona miały potencjał, którego nie wykorzystałaś, bo świetne pole do popisu na rozważania Hermiony, a tu takie puste. Jakby ją to wcale nie obeszło, bo sama jeździła do Wiktora. Więc w gruncie rzeczy jest hipokrytką. Nie zostało powiedziane, że ona zdradziła Rona, ale wyjazdy do swojego byłego chłopaka raczej mogą coś sugerować.

    Dalej, w ogóle nie wiem, po co wprowadziłaś Wiktora. Cała ta szopka z tymi dwoma mężczyznami jest potwornym zapychaczem, który ma uświadomić czytelnika, że Hermiona jest pokrzywdzona przez facetów i została z dzieckiem... Wszystko to można streścić w kilku zdaniach, przez co prolog wydaje się powtarzaniem tych samych kwestii. Nieudany zabieg, no i dość blogaskowy. Taki motyw non stop jest sprzedawany na blogach autorów, które dopiero zaczynają i ruszają w kalki, byle pokazać płomienną miłości. Co jak co, ale znając Twoje pióro spodziewałam się czegoś lepszego.

    Nie da się odmówić, że piszesz jak najbardziej poprawnie, że aż oko się cieszy, ale początek opowiadania zniechęcił mnie trochę, bo ileż można powielać jedno i to samo.

    Pozdrawiam ciepło, Acrimonia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Acrimonio,
      bardzo dziękuję za Twój komentarz i Twoją obecność tu, niezmiernie mi miło!
      Strasznie nie lubię się usprawiedliwiać, ale... Może powiem, że prolog jest aż sprzed 3,5 roku? I że od tamtego czasu - mam nadzieję - nieco się poprawiłam w niektórych kwestiach? :) Niestety, czas nie stoi w miejscu, a jednocześnie też to, co powstało w przeszłości, samo się nie zmieni. Z jednej strony zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystko jest tu tak idealne, jak bym tego chciała, wiem, że w chwili obecnej stać mnie na więcej, z drugiej wiem też, że dążenie do "ideału" bywa zgubne i wiele razy na tym się właśnie potykam, że tak męczę dany moment, żeby był lepszy, że aż czasem przedobrzę. Poza tym, mam pewną zasadę, że nie ingeruję fabularnie/stylistycznie w poprzednie rozdziały, jeśli całe opowiadanie nie jest zakończone, bo muszę przyznać, że planuję "podrasować" początek.

      Mam nadzieję, że troszkę się wybieliłam w Twoich oczach po tym prologu, a jeśli nie - może następne rozdziały, a już w szczególności te ostatnie będą w stanie odpowiadać same za siebie :)

      Pozdrawiam, P.

      Usuń
  13. Wiktorowi i Ronowi należy się porządny kopniak na księżyc! Podziwiam Hermionę, że po tym wszystkim co przeszła, nie załamała się ;D

    OdpowiedzUsuń

-