Followers

niedziela, 16 sierpnia 2015

[16] Poznanie siebie

     Dzień, w którym wszystko się zmieniło, nadszedł nieoczekiwanie i, wbrew pozorom, Hermiona wcale nie musiała na niego długo czekać. Do tej pory żyła z Malfoyem w pewnej symbiozie, jakkolwiek to nie brzmiało – on przychodził, pił swoją herbatę, razem pracowali, idąc za każdym razem o mały krok w przód, potem jedli obiad, następnie jeszcze chwilę pracowali, żeby później po prostu sobie poszedł. Wszystko wyglądało tak normalnie, choć trzeba pamiętać, że słowo „normalność” w kontekście tej dwójki nie była w ogóle normalna. Hermiona nie chciała wyciągać wniosków zbyt wcześnie i dawać Malfoyowi przy tym nowej karty, jednak zdawało jej się, że, mimo wszystko, zmienił się. Nie patrzył na nią z odrazą, pogardą ani litością. Nie wyszło z jego słów ani jedno przykre słowo w jej kierunku. Wydawał się ją wręcz szanować. Hermiona nie miała pojęcia, ile w tym było Malfoya-Potrzebuję-Cię-Żywej, a ile prawdziwego Malfoya, którego zmieniła wojna i niesprawiedliwe ukrywanie się przez tyle lat. Gdzieś w środku miała nadzieję, że więcej było jednak tego drugiego.
     Któregoś wieczoru stała przed lustrem w łazience, szczotkowała dokładnie zęby i pozwalała, żeby myśli same płynęły. Omal nie zakrztusiła się, gdy nagle w jej głowie odezwał się głos, mruczący, że polubiła spędzać z nim czas. Gdy przychodził i panoszył się po całym domu, było jej znacznie raźniej, to prawda. Zdarzało się, że skomentował coś sucho i ironicznie, a ona, poznawszy nieco jego humor i przestawszy brać wszystko na poważnie, odpowiadała w podobny sposób albo po prostu śmiała się z niego, co z kolei wprawiało go w stan głębokiego oburzenia. Był mądry, sprytny i przebiegły. Gdy razem pracowali w jej biurze, przeglądając mapy i dane, i szukając tego, czego brakowało – a czegoś brakowało dosłownie wszędzie -  traktował ją na równi, na początku udając, że wcale nie widział, jak ona tylko czekała na jakiś przykry komentarz, za który mogłaby go wyrzucić za drzwi i od razu donieść Harry’emu, gdzie ten go znajdzie. Z czasem dała za wygraną i przestała szukać momentu, którym mogłaby go przetestować do reszty.
     Następnego dnia jednak miała się na baczności, bo świadomość, że przywykła do niego, do tego obecność ta sprawiała jej przyjemność, a gdy go nie było, odczuwała w domu dziwną pustkę, wprowadziła do ułożonego i zaplanowanego świata Hermiony Granger dziwny chaos. Poza tym, jako kobieta, do tego matka kilkumiesięcznego dziecka, miała pełne prawo do bycia wściekłą bez powodu. Tego dnia postanowiła je wykorzystać.
     Kiedy Malfoy zapukał do drzwi po raz  pierwszy, Hermiona siedziała przy kominku, zaczytana po uszy w nowej książce i ani jej się śniło przerywać. Opatulona po uszy pledem, z parującym nieopodal kubkiem smacznego kakao, skutecznie ignorowała dobijanie się do drzwi, które z każdą chwilą narastało. Cornelia dowiadująca się właśnie, kto zabił jej ojca, była znacznie ciekawsza od marudzącego Malfoya. Poza tym i tak spodziewała się, że mężczyzna zaraz znajdzie sposób, by dostać się do środka. Całe szczęście, że Libby spała głęboko w swoim pokoiku – jej mama nie musiała się martwić, że hałas ją obudzi.
     Nie pomyliła się.
     - Długo tak miałem tam stać? – spytał zimno, spoglądając na nią w podobny sposób, gdy tylko jego stopa pojawiła się w salonie.
     - Chyba nie powiesz mi, że zmarzłeś?
     - Chyba nie powiesz mi, że już zrobiła się z ciebie tak leniwa kwoka, że nawet otworzyć drzwi ci się nie chce?
     - Najlepiej od razu wyjdź – odpowiedziała spokojnie, nawet na niego nie patrząc. Przewróciła stronę i zaczęła czytać nowy rozdział. Podejrzewała, że naprawdę opuścił jej dom. Gdyby nie, pewnie skomentowałby jej odpowiedź, ale w pomieszczeniu zaległa przyjemna cisza. Jedynie drewno w kominku skwierczało, łaskocząc uszy Hermiony swoim dźwiękiem. Dlatego też zupełnie się zdziwiła i drgnęła ze strachu, gdy tuż obok jej policzka wyrosła nagle blada ręka i, nim zdążyła zareagować, wyrwała jej ze słabego uścisku książkę. Kobieta już otwierała usta i zaczynała marszczyć brwi, gdy lektura poszybowała po łuku wprost do kominka.
     Hermiona przez chwilę to zamykała usta, to otwierała, przypominając nieco złotą rybkę z kulistego akwarium.
     - Nie będziesz mnie ignorować, Granger. Zapamiętaj to sobie. A teraz…
     - Pieprz się, Malfoy! – warknęła, zupełnie wyprowadzona z równowagi i, nim zrozumiała, co robi, chwyciła za swoje kakao. Z wściekłością wylała całą zawartość na białą koszulę mężczyzny, a potem zerwała się na równe nogi i doskoczyła do kominka, chcąc złapać grzbiet książki.
     Ledwo zdążyła wyciągnąć rękę, gdy już stała przy ścianie, trzymana w żelaznym uścisku równie wściekłego Malfoya.
     - Dotknij mnie, a cię zabiję – ostrzegła, mrużąc oczy.
     Palce mężczyzny jakby w wyzwaniu zacisnęły się mocniej na nadgarstkach Hermiony. Z bliska widziała, jak oczy blondyna pociemniały z gniewu, a usta zacisnęły się w cienką linię. Odliczała sekundy do wybuchu, który, o dziwo, wciąż nie nadchodził.
     - Nienawidzę cię, Granger. Naprawdę, z całego serca cię nienawidzę. W tym momencie ściągniesz tę koszulę, a potem na moich oczach wypierzesz ją w swoich delikatnych rączkach. Ma błyszczeć bielą, rozumiesz? – powiedział cicho. W jego głosie dźwięczały jednak nuty, których przestraszyłby się niejeden wróg. Ale to była Hermiona Granger.
     Tym razem to ona zacisnęła usta w cienką linię. Wpatrywała się w niego z mieszaniną złości, niedowierzania, ale też czystej przekory, której, niestety, Malfoy najwyraźniej nie dojrzał. Nie odpowiedziała nic, a kiedy wreszcie puścił jej dłonie, sięgnęła powoli do kołnierzyka. Przelotem dojrzała wyraźne zaczerwienienie na swoich nadgarstkach i jeszcze bardziej ją to zdenerwowała, ale sapnęła jedynie pod nosem. Malfoy w odpowiedzi mruknął z tryumfem, sądząc, że to reakcja na rozpinanie koszuli. Przeceniasz się, pomyślała, dochodząc szybko do połowy.
     - Widzę, że musiałaś dużo ćwiczyć na jakimś manekinie, skoro teraz tak zwinnie ci to idzie – mruknął, patrząc na nią z góry. Ten sam Malfoy, co za szkolnych lat, stwierdziła. Nic się nie zmienił.
     - Idiota – syknęła, patrząc mu prosto w oczy, na co ten uniósł brew, przysuwając się bliżej niej.
     Draco już miał otworzyć usta, żeby skomentować jej wypowiedź, jednak szybko odeszła mu na to ochota, bo Hermiona mocno złapała za ostatnie guziki, które były jeszcze zapięte, a potem pociągnęła z całej siły. Nim blondyn zorientował się, co jego towarzyszka planuje, stał już w jej salonie bez koszuli, a wspomniany właśnie ciuch znikał w płomieniach ognia w kominku, tuż obok popiołu po książce.
     - Tak błyszczy bielą, że aż stała się przezroczysta. Zadowolony? – spytała niewinnie, a potem prześlizgnęła się pod jego ramieniem i czmychnęła szybko na górę. Bose stopy zadudniły po drewnianych schodach, wyrywając Draco z szoku. I popchnęły go w prawdziwą wściekłość. Nie słyszał nawet chichotu, który uleciał z ust Hermiony.
     Minęła może sekunda, a Draco już ruszył śladem kobiety. Jego kroki na schodach były cięższe, ale jednocześnie o wiele szybsze, bo przeskakiwał po dwa schodki. Tuż przy sypialni dogonił Hermionę i złapał ją w pół, na co ona zaśmiała się nieco głośniej. Irytacja i złość, które narastały w niej cały dzień, ulotniły się. Nie wiedziała jednak, że Draco wcale nie traktował tego jak jednego, wielkiego żartu. On naprawdę był wściekły.
     Zdążyła zapomnieć, co naprawdę kryło się pod tymi niewinnymi, szarymi oczami.
     Nim się zorientowała, obydwoje leżeli na jej łóżku – ona na plecach ze skrępowanymi rękami, a on górował nad nią, niczym zdobywca. Jeszcze chwilę się uśmiechała pod nosem, choć, co prawda, trochę złośliwie i już miała się odezwać, gdy Malfoy, Bóg jeden wie skąd, wyciągnął różdżkę i uciszył ją. Zaraz po tym rzucił na nią zaklęcie paraliżujące i popatrzył z góry z niemniejszą złością.
     - Zachciało ci się zabawy? No to proszę bardzo. Zapamiętaj sobie Granger jedną rzecz. To, że pracujemy razem i mamy poniekąd wspólny cel, nie czyni nas żadnymi… przyjaciółmi ani nawet sojusznikami. Ty mi po prostu pomagasz, a ja piję herbatkę i chronię ci tyłek przed śmierciożercami, którzy kręcą się w pobliżu. A zaufaj mi, kręcą się – mówił oschle, rozpinając guzik za guzikiem koszuli z krótkim rękawem, która skrywała się pod pledem. Krótkie jeansowe spodenki odkrywały szczupłe nogi Hermiony – teraz nieruchome po obu stronach bioder Malfoya, który klęczał między nimi. Sięgając ponownie po różdżkę, mówił dalej:
     - To, że Voldemort przegrał, też nie znaczy, że nagle staliście się wszyscy lepsi. Ci, którym wydaje się, że są czarodziejami, bo potrafią trzymać poprawnie różdżkę, są w poważnym błędzie. Prawdziwym czarodziejem jest się od narodzin, a nie od chwili  nadejścia listu z chrzanionego Hogwartu.
     Mówił, a raczej syczał, nie patrząc na twarz Hermiony. Rozgrzanym końcem różdżki sunął powoli po jej koszuli, nie mając jednak zamiaru jej poparzyć. Jedyne, co w tym momencie chciał, to porozcinać jej ubranie, żeby bez problemu się go pozbyć i potem najchętniej rzucić do ognia, tak jak to zrobiła ona. Póki co jednak skrawki bluzki wylądowały na miękkim dywanie na podłodze, a zaraz dołączyły do nich spodenki.
     - Gdyby to były inne okoliczności – wznowił, wydymając z pogardą wargi – zagranie mi na nosie w taki sposób, jak to zrobiłaś, byłoby ostatnim co zrobiłaś – dokończył, już o wiele spokojniej. – Potraktuj to jako nauczkę. Dobrze, że masz dobrą pamięć, bo nie lubię powtarzać.
     Z ostatnimi słowami wykonał różdżką jeden ruch, a kupka ubrań uniosła się i na ich oczach nagle stanęła w płomieniach. Draco był zadowolony. Czuł, jak opuściła go wściekłość i, szczerze powiedziawszy, nie do końca rozumiał, dlaczego zareagował aż tak gwałtownie. W gruncie rzeczy dobrze się bawił, lubił melodramatyczne przedstawienia. Rumieńce z jego policzków również ustąpiły naturalnej bladości, choć to bardziej czuł, niż widział. Wreszcie lekko odetchnął, a potem spojrzał na twarz Hermiony, po raz pierwszy od chwili, gdy stali jeszcze przy kominku.
     I zobaczył coś, czego zupełnie się nie spodziewał.
     - O kurwa – mruknął pod nosem, cofając szybko czary, które wcześniej rzucił na Granger. Gdy kobieta poczuła czucie w rękach, drgnęła i uniosła niepewnie dłonie do twarzy, żeby zetrzeć spływające po policzkach łzy. Po delikatnym makijażu, który miała do tej pory, nie było już śladu. Drżała, a całe ciało pokryło się gęsią skórką. W pierwszym ludzkim odruchu, który został skutecznie zwalczony, Draco miał ochotę złapać za kołdrę i okryć ją nią od stóp po głowę, sądząc, że to z zimna. Dopiero po chwili zrozumiał, że to wcale nie chłód przyczynił się do tego drżenia, tylko on.
     - Wynoś się – szepnęła.
     - Ale…
     - Wynoś się stąd i nie wracaj. Jesteś takim samym potworem, jakim byłeś wcześniej – powiedziała znowu i zacisnęła wargi, a potem odwróciła się do niego plecami i zwinęła się w kłębek. Mężczyzna wolał chyba, żeby na niego krzyknęła.
     Granger się go bała. I – co było niezmiernie zaskakujące – wcale mu się to nie podobało. Kiedy bezgłośnie zszedł z łóżka, by następnie transmutować chusteczkę w nową koszulę, którą zaraz założył, spojrzał jeszcze raz na nagie plecy kobiety. Poczuł dziwną pustkę. A potem kolejny raz wściekłość. Tym razem na siebie.
     A potem czym prędzej opuścił jej dom.
     Najwidoczniej Draco Malfoy również uświadomił sobie, że lubi Hermionę-Wiem-To-Wszystko Granger. Tylko nie bardzo potrafił to okazać i za późno to zrozumiał. I wcale mu się to nie podobało, bo nie tak to zaplanował. A poza tym, wydawało mu się, że właśnie spieprzył wszystko, na co tak ciężko pracował. Nagle nie wiedział już niczego.
     Jedyne, czego był pewien, gdy szedł przez śnieżne zaspy chwilę później, to fakt, że nie chciał nigdy więcej zobaczyć tego zwierzęcego strachu w jej sarnich oczach. A już w szczególności nie wtedy, gdy on sam go wywoływał.
    

     Następny dzień minął szybko, a Hermiona jedynie leżała cały czas w łóżku, tuląc do siebie cieplutkie ciało Libby, która – jakby rozumiała matkę – była idealnym dzieckiem. Przez większość dnia spała, a gdy już się przebudziła, z niemalejącym zainteresowaniem bawiła się grzechotkami. Kolejna kartka kalendarza również znalazłaby się w koszu bardzo szybko, gdyby tylko Hermiona miała ochotę zejść po coś do kuchni. Ale nie miała, więc ta wciąż wisiała na swoim miejscu, rozciągając rok o jedną dobę.
     Hermiona była zła. Była smutna. Była rozżalona. Ale przede wszystkim czuła się oszukana zarówno przez Malfoya, jak i przez samą siebie, że zawierzyła mu, otworzyła się i zdążyła go polubić, a on okazał się tym samym gnojkiem, jakim był przed laty. Gdy trzymał ją w czarze, a ona nie mogła się ruszyć, gdy sunął różdżką po jej ciele – miała wrażenie, jakby kolejny raz znalazła się na zimnej posadzce Malfoy Manor, a nad nią wisiała bezwzględna Bellatrix, a nie Malfoy, który za chwilę się opamiętał. Jedyne pocieszenie.
     Hermiona była wściekła. O ile dwa dni wcześniej nie miała ochoty go widzieć nigdy więcej, tak teraz najchętniej wygarnęłaby mu wszystko. Momentami chciała wstać łóżka, ubrać się szybko i zaatakować go najlepiej we śnie, kiedy w ogóle by się jej nie spodziewał, ale wnet przypominała sobie, że nie wiedziała, gdzie mieszka. I opadała z powrotem na łóżko, wzdychając pod nosem.
     Na list Harry’ego i Ginny odpisała zwięźle, że urlop jej służy i że odpoczywa od rana do wieczora. O nic nie mają się martwić. Najlepiej byłoby, gdyby Harry też wziął wolne i wyjechali gdzieś we dwoje na romantyczny weekend. Byłaby nawet skłonna podlać im kwiatki w sobotę albo niedzielę. Mogłaby też wyprowadzić psa. A, nie mieli psa, no tak. Nieważne, kupiłaby im tego psa. Niech tylko ten jeden raz po prostu zostawiają ją w spokoju. Oczywiście, tego nie napisała, choć gdyby jej pióro odczytywało myśli, słowa poszłyby szybko w eter.
     Trzeciego dnia powinna wstać na nogi i ruszyć do przodu, ale była zaskoczona, gdy wciąż nie miała na to ochoty. Ograniczała się do opieki nad Libby. Dalej była zła, ale złość zamieniała się w przykrą świadomość, że brakowało jej Malfoya. Przestraszył ją, trzeba to było przyznać, ale Harry czy Ron też nieraz wyskoczyli zza rogu i narobili jej stracha, a mimo to jakoś żyła. Zaraz pojawiły się wątpliwości, czy aby na pewno nie brakowało jej po prostu obecności mężczyzny, a nie konkretnie Malfoya, ale od razu dała sobie spokój z wmawianiem czegoś, co nie było prawdą. I ona to wiedziała. Tęskniła za głupim Malfoyem! Za wyrazem jego twarzy i skupieniem, gdy coś mu tłumaczyła, za – na pozór – szczerym zainteresowaniem, gdy coś opowiadała, za czujnym spojrzeniem, którym ją obrzucał, gdy myślał, że ona tego nie widzi. Za jego głosem? Za tym, jak wyciągał spomiędzy jej palców książkę, przy której usnęła? Albo za tym, jak raz czy dwa późno w nocy zanosił ją do łóżka, gdy zmęczenie brało górę?
     Koniec.
     - Dość tego – wymamrotała do siebie, patrząc od dłuższego momentu w sufit.
     Za oknem już dawno pociemniało, a na niebie nie było widać ani jednej gwiazdy. Hermiona podejrzewała, że tej nocy Anglię nawiedzi śnieżyca, albo przynajmniej jakaś jej namiastka.
     Kobieta odrzuciła kołdrę na bok jednym sprężystym ruchem, a potem złapała za czystą koszulkę nocną i ruszyła do łazienki. Koniec z dresem, pluszowymi skarpetkami i rozciągniętym podkoszulkiem. Malfoy był idiotą i, nawet, jeśli za nim tęskniła, o czym nawet nie mogła nikomu powiedzieć, pozostanie nim na zawsze. Ot, cała filozofia. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, przekonywała swoje ja, rozbierając się w łazience. Chłód kafelków podłogowych zaczynał przenikać jej ciało, toteż szybko wskoczyła pod prysznic i odkręciła kurek z gorącą wodą. Umyła się pachnącym żelem od stóp do głów; włosy, które przez ostatnie dni trwały w nieustającym nieładzie, również; ogoliła dokładnie nogi, a gdy poczuła, że jest już czysta, zakręciła wodę. Owinięta ręcznikiem, zgarnęła piżamę i przeszła do sypialni, gdzie zaczęła się bez pośpiechu ubierać. Potem położyła się do łóżka i, przykryta po uszy kołdrą, zasnęła z postanowieniem, że jutrzejszy dzień będzie normalny.

     Obudził ją swąd dymu i duchota, która atakowała z brutalnością nozdrza. Hermiona poruszyła się niespokojnie w łóżku, próbując zignorować atakujące ją bodźce, ale kiedy usłyszała płacz Libby, przemogła się i odwróciła na drugi bok, otwierając jedno oko. W międzyczasie chciała ziewnąć, ale zamiast tego zakrztusiła się dymem, którego w sypialni było niemal pod sufit.
     Nim się obejrzała, wyskoczyła z łóżka. Niemal od razu potknęła się o porozrzucane po podłodze ubrania i upadła jak długa. Czuła promieniujący ból w biodrze, którym o coś zawadziła, ale zignorowała go i szybko podniosła się na klęczki, żeby później ruszyć do pokoju Libby, w którym ta ciągle płakała. Nawet moment, gdy Hermiona wzięła ją na ręce i, mocno do siebie tuląc, zbiegła z nią do salonu, nie pomógł i dziecko jeszcze bardziej płakało. Wtedy jednak nawet kobieta miała ochotę się rozpłakać, bo gdyby miała opisać zastany widok jednym słowem, powiedziałaby: ogień. Cały parter czerniał powoli od wijących się wszędzie płomieni i Hermiona nie miała innego wyjścia, jak wrócić szybko na górę. Kominek, przez który mogłaby uciec, był już dawno poza zasięgiem, na napisanie sowy do Harry’ego nie było czasu. Hermiona miotała się po swojej sypialni jak szalona, pierwszy raz naprawdę nie mając pojęcia, co powinna zrobić. Zamknęła dokładnie drzwi i uszczelniła je, by dym nie dostawał się do środka, a potem otworzyła okno, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza. I gdy pomyślała o aportacji – no przecież! Jaka ona była głupia! – usłyszała trzask pod swoim oknem, tak typowy dla tej magicznej sztuczki. Na chwilę znieruchomiała, a jej czujność wzrosła parokrotnie, gdy w popłochu rozglądała się za różdżką.
     - GRANGER!
     Oczy Hermiony otworzyły się szerzej, gdy przypadła do parapetu i wychyliła się przez niego w niedowierzaniu. Ale nie, tam na dole w zaspie śniegu naprawdę stał nikt inny, jak Malfoy z czystym przerażeniem wypisanym na twarzy. I wściekłością.
     - M-malfoy?
     Nie czuła zimna, nie czuła, że śnieg pląta jej się we włosy, nie czuła gęsiej skórki na ciele.
     - Mam wysłać ci zaproszenie?! SKACZ – wrzasnął, rozkładając ramiona, jakby to miało być wystarczająco zachęcające.
     - Aportuję się! – zaoponowała.
     - Nie dasz rady w takim stanie, Granger! Na Salazara, schowaj dumę w kieszeń i skacz!
     - Ale to nie o dumę chodzi – wyszeptała drżącym głosem, zaciskając palce na parapecie. Kiedy na dole pod wzrostem ciśnienia pękły szyby, kobieta schowała się ponownie w sypialni, znikając z pola widzenia mężczyzny.
     - Co ona wyprawia? – warknął, jeszcze bardziej rozeźlony. Rozejrzał się niespokojnie, a potem podbiegł do ściany domu. Gdy tylko zauważył metalowe haczyki, na których w lecie powinien wić się bluszcz, odetchnął na myśl, jakie szczęście mieli, a potem zaczął się po nich wspinać.
     Kiedy dotarł na wysokość piętra i złapał za parapet, żeby się po nim wciągnąć, ujrzał Hermionę siedzącą na łóżku i tulącą do siebie wciąż płaczące dziecko. Kiwała się w przód i tył, nucąc jakąś melodię i Draco doszedł do wniosku, że strach najwidoczniej ją sparaliżował. Wspaniale, pomyślał. Patrzyła przed siebie szeroko otwartymi oczami, ale wątpił, żeby widziała nimi teraz cokolwiek.
     - Granger.
     - Nigdy nie sądziłam, że tak zginę – wyznała.
     - Granger, litości! – jęknął i przeskoczył przez parapet. Zarumienił się z wysiłku, na czole pojawiły się krople potu, ale nie zważając na to, zaczął szybko przekopywać szafki w poszukiwaniu czegoś, co Hermiona mogłaby ubrać. Gdy znalazł jej sweter, a potem kombinezon Libby, rzucił je na łóżko i popatrzył wyczekująco na kobietę. Gdy nie zareagowała, przypadł do niej i, chwyciwszy za ramiona, potrząsnął nią mocno.
     - Ocknij się, kobieto. Idziemy stąd, zakładaj sweter.
     Hermiona mrugnęła i popatrzyła na niego, jakby widziała go po raz pierwszy. Malfoy chwycił jej twarz w dłonie.
     - Ruszaj się albo całą trójką spłoniemy. Wybieraj.
     To chyba ją orzeźwiło, bo nagle wstała, podała mu dziecko z poleceniem ubrania go, a potem otworzyła drzwi na korytarz i zniknęła w kłębach dymu. Zwariowała, stwierdził, ale posłusznie ubrał Libby w kombinezon, choć dość opornie mu to szło. Wnet wróciła też Hermiona – z nieładnym oparzeniem na policzku, ale przynajmniej wróciła.
     - Ruszyłam się, więc nas teraz ratuj, Malfoy.
     - Miło, że się zdecydowałaś – zironizował. Nałożył jej szybko sweter przez głowę, a potem pociągnął za rękę do okna.
     - Chyba nie powiesz mi, że będziemy skakać. Jest Libby! Aportuj nas – zarządziła, ale nie było w jej głosie tej władczości, którą wykazywała się w pracy. Teraz stał przed nim po prostu wystraszony skrzat, który wpatrywał się ze strachem w białe zaspy śniegu po drugiej stronie.
     Malfoy nie chciał jednak przyznać nawet przed samym sobą, że był zbyt zdenerwowany, żeby być pewnym swoich umiejętności. Przełknął głośno ślinę, zaraz jednak kiwnął głową i przyciągnął Hermionę do siebie. Pomiędzy nimi tkwiła śpiąca Libby, ale żadne z nich nie miało czasu na zastanowienie się, jak jej się to udawało. Zaraz też blondyn skupił się na miękkim i ciepłym ciele Hermiony, a potem pomyślał o miejscu, w które mogliby się aportować.
     Gdy Hermiona poczuła wilgoć i chłód śniegu na nagich nogach i świeże, leśne powietrze w płucach, skuliła się w ramionach Malfoya i po prostu się rozpłakała. Z ulgi, z przerażenia, z radości. Draco za to leżał na plecach i patrzył przez chwilę w ciemne niebo i równie ciemne korony drew. Potem wypuścił głośno powietrze z płuc.
     - Wiem, że moje umiejętności aportacyjne okazały się poniżej oczekiwań, ale poprawię je, nie musisz beczeć.
     Nie chciał nawet przyznać, że planował znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Lepszy jednak śnieg na polanie, niż znalezienie się na niej bez nogi albo ręki, prawda?
     Hermiona, słysząc jego komentarz, roześmiała się przez płacz i wnet dostała czkawki.
     Patrząc na jej zarumienioną twarz, na lśniące łzy i parę uciekającą z popękanych ust, stwierdził, że jest piękna. Nawet jeśli obsmarkana. Wtedy, gdy wpatrywał się w nią z dołu, a ona była w samej piżamie na tle ciemnego pokoju, też był piękna. Nawet wtedy, gdy oblała go kakao i wrzuciła jego koszulę do kominka, była piękna.
     A on, Draco Malfoy, chyba pierwszy raz był w pełni świadom swoich myśli. Mało tego, nawet go one nie sparaliżowały i nie wrzuciły w wir wściekłości. Jedynym, co zrobił młody dziedzic rodziny Malfoyów w tamtym momencie, było objęcie wolną dłonią policzka leżącej obok niego kobiety, a potem, ignorując zaskoczenie wypisane w brązowych oczach, wpicie się z pasją w jej usta.
     Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, z jaką niepewnością czekał na moment, gdy Granger odpowiedziała na pocałunek z równie wielką pasją.

8 komentarzy:

  1. Nawet nie wiesz jak się cieszę, ze z taką częstotliwością dodajesz teraz nowe rozdziały. Twoje dramione to jedno z niewielu polskich fan fiction, które jest warte większej uwagi, trzymasz poziom, styl jest świetny, rozdziały nie nudzą fabułą, czyta je się linijka w linijkę i z żalem widzi się ich końce :) Ile planujesz rozdziałów w całym opowiadaniu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie za miłe słowa! :) A z rozdziałami planuję się do 30 wyrobić, maks :D Nie przepadam za olbrzymie długimi tasiemcami

      Usuń
  2. Jakie urocze ♥. Uwielbiam, gdy tak się przekomarzaja, a później w taki sposób godzą. Nigdy nie czytałam podobnej historii, więc bardzo mnie ciekawi :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Super po prostu ideolo i tyle kochana

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej!
    Komentowałam już twoje opowiadanie, ale pod innym nickiem. Czytam te rozdziały na jednym tchu. Jednym! Najbardziej kocham Libby! <3 Jest taka urocza kruszynka! Bardzo wstrząsnęłaś mnie tym pożarem, a co by było jak by im się coś stało? Hermiona i Draco są uroczy. Kiedy w końcu Draco nie będzie musiał ukrywać się pod postacią Marcusa? Tyle pytań, mało odpowiedzi.
    Twój blog dodałam do mojej "Czytelni Astronomicznej"(http://szukam-milosci.blogspot.com/p/linki.html) na blogu mam nadzieje, że się nie gniewasz. Czekam na dalszy ciąg wydarzeń.
    Pozdrawiam,
    Beca

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam, nie mam pojęcia dlaczego dopiero teraz trafiłam na Twoje opowiadanie. Ale wiem jedno, już tutaj zostanę do końca. No chyba, że Ty nas zostawisz,a to była by zdecydowanie niepowetowana strata. Czytając kolejne rozdziały coraz bardziej uzależniałam się od tego opowiadania. Wiem, że piszesz Dramione ale nie jest to takie typowe i oklepane. Stopniowo wprowadzasz nas w kolejne sytuacje, przedstawiasz charaktery i losy bohaterów i wszystko tak ładnie i zgrabnie płynie. Nie ma czegoś wymuszonego i sztucznego - trzeci rozdział, a oni już wyznają sobie miłość - jest wszystko naturalnie i z wyczuciem wprowadzane. Czytało mi się każdy rozdział bardzo dobrze i powiem dziewczyno masz dar. Jak dla mnie. Nie jestem oczywiście ekspertem od literatury, ale jako laik mogę stwierdzić, że opowiadanie jest warte poświęcenia swojego wolnego czasu. Bardzo Ci dziękuję za umilanie mi ostatnich dwóch wieczorów - mówiąc kolokwialnie, olałam wszystko i chłonęłam kolejne rozdziały. Czekam z niecierpliwością na następny. Pozdrawiam P.S. Takie małe pytanko bo albo ja nie dokładnie czytałam, ale jak ma mała Hermiony na imię Libby czy Emma?

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczytałam wszystko co znajduje się u Ciebie na blogu i jestem pod wrażeniem, mam nadzieję, że nie opuściłaś bloga i że jeszcze się tu coś kiedyś pojawi. W każdym razie, możesz być pewna, że zyskałaś właśnie kolejną stałą czytelniczkę i że będę czekać na nowy rozdział bądź miniaturkę ;-)
    Pozdrawiam!
    PS. Taki sam komentarz dodałam pod poprzednią miniaturką, oto ja, nieogarnięta Cathleen, która czytając wszystko na telefonie a komentując na laptopie nie zauważa różnicy w dacie :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Tyle się tu dzieje, że ja w zasadzie nie wiem, co napisać. Ten pożar... nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby nie Draco. Miał rację, ktoś ewidentnie źle życzy Hermionie. Ale może wrócę do początku. Draco zachował się strasznie. Hermiona również dała niezły popis, ale to co zrobił on przekracza wszelkie granice. Jednak dobrze, że chociaż zdaje sobie z tego sprawę. W zasadzie nieco się już zrehabilitował. Gdyby nie on Hermiona i Libby spłonęły żywcem, o czym nawet nie chcę myśleć.
    http://dramione-demons-of-the-past.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

- +