Followers

poniedziałek, 15 lipca 2013

[7] Wspomnienia

     Płomień w kominku tańczył niespiesznie, jakby rozkoszując się widowiskiem, jakiego był bohaterem. Jęzory ognia zmysłowo lizały osmolone już ścianki dookoła nich lub siebie nawzajem. Wydawały się chcieć zawalczyć o jeszcze większą uwagę widzów, niż dotychczas. W salonie panował przyjemny półmrok, rozświetlany jedynie tym figlującym ogniem. Początek grudnia zawitał jakiś czas temu, dni były coraz krótsze, ranki nadchodziły coraz wolniej, wieczory coraz szybciej, a ciągłe śnieżyce nie dawały spokoju mieszkańcom Anglii.
     Hermiona, owinięta pledem, siedziała na kanapie przed paleniskiem, relaksując się z nową książką w ręku i co jakiś czas zerkała na podłogę, gdzie na miękkim, puchowym, różowym kocyku pośród różnorodnych maskotek leżała Emma. Jej malutkie ciałko, zmroczone snem, poruszało się co jakiś czas niespokojnie, na przykład wtedy, gdy Harry'emu zdarzyło się zbyt entuzjastycznie zareagować na swoją wygraną w grę państwa-miasta. Ginny wtedy mroziła go potępiającym wzrokiem i odrzucając kartkę i długopis na bok, zrywała się z miejsca. Potem w bardzo dojrzały sposób pokazywała swojemu mężowi język i wychodziła do kuchni po nową porcję słodkiego kakao i miskę świeżych owoców. I wracała, zarówno do salonu, jak i do gry w państwa-miasta, za każdym razem obiecując, że teraz wygra. Hermiona wierzyła, że w końcu jej się to uda i po cichu kibicowała właśnie jej. Słuchając ich cichej, zaciętej walki, kobieta uśmiechała się kącikiem ust, przewracając następną kartkę.
     - Nie jesteśmy za głośno? - odezwał się nagle Harry, a przed tym przerwał grę wymownym "STOP", zaskarbiając sobie kolejne mało przychylne spojrzenie Ginny. Wychylił się ze swojego fotela i rzucił szybkie spojrzenie na śpiące pośród poduszek dziecko. Zapatrzył się tak, że mało brakowało, a wypadłby z niego, robiąc jeszcze więcej hałasu.
     Hermiona spojrzała na przyjaciela z uśmiechem i pokręciła głową.
     - Wierzę, że jeśli ktoś ma spać, to będzie spał i wasze przekomarzanie mu nie przeszkodzi...
     - Przekomarzanie? - syknął z oburzeniem Potter, wracając do wygodnej pozycji: położył się w poprzek fotela, pod głowę wcisnął rubinową poduszkę, a nogi spuścił w dół przez drugie oparcie mebla. - Przekomarzanie, phi! Tu się toczy dzika wojna na wiedzę, Miona. W ogóle nas nie doceniasz - stwierdził z wyrzutem, nie patrząc już na przyjaciółkę. Zaczynał rysować nową tabelkę na kolejne nazwy państw, miast i innych zagadnień.
     Hermiona uśmiechnęła się szerzej, jednocześnie starając się, żeby mężczyzna tego nie zobaczył. Przewróciła kolejną kartkę, siadając nieco wygodniej na kanapie.
     - Oczywiście, że was doceniam. Jakże bym mogła nie? Przecież doskonale wiem, na co was stać... Państwo na K? - rzuciła nieoczekiwanie od niechcenia.
     - Kreta - mruknął natychmiast posępnie Harry, kończąc swoją tabelkę w zeszycie. W porównaniu do Ginny, on był zawsze perfekcyjnie przygotowany na nową partyjkę gry i założył sobie do niej nawet specjalny notes.
     - Oczywiście, Kreta - powtórzyła z rozbawieniem Hermiona, patrząc na bruneta z przyjacielską miłością w oczach. - Ale nie przejmuj się, Harry, jeszcze trochę rundek i uda ci się opanować mapę Europy znacznie lepiej - dodała pokrzepiająco, sięgając po swoją szklankę z koktajlem truskawkowym. Ostatnio zauważyła, że po ciąży schudła o wiele bardziej, niż powinna, a do tego jeszcze miała wrażenie, że jej ciało zmaga się z lekkim brakiem witamin, który postanowiła jak najszybciej uzupełnić. Wzdychając cicho, przykryła się dokładniej pledem i położyła wygodnie, zagłębiając się na powrót w treść książki.
     Harry milczał dłuższą chwilę, patrząc ze skupieniem do swojego zeszytu. Wreszcie uniósł niepewny wzrok na towarzyszkę i spytał tak cicho, żeby Hermiona nie zdołała go usłyszeć, co było nie tak ze wspomnianą przez niego Kretą.

***



     Miała wrażenie, że leci. Unosiła się spokojnie w powietrzu, zimne powietrze otaczało ją z każdej strony, przenikało przez nią, pobudzając do jakiegokolwiek ruchu. A ona po prostu dryfowała, nie czując w ogóle rąk ani nóg, nie mając nad nimi kontroli, nie mając pojęcia, co zrobić, żeby zaczęły jej słuchać. Płynęła w chmurach, a ich lekka konsystencja oblepiała ciało Hermiony, muskając je delikatnie i łaskocząc. Szatynka miała ochotę się zaśmiać i odwrócić, żeby uchronić się przed łaskotkami, ale z gardła nie wydobył się ani jeden dźwięk, a kończyny nie wykonały ani jednego ruchu. Była marionetką w czyichś dłoniach. Przymknęła oczy, jedynie powieki choć trochę jej słuchały. Coś boleśnie starało się wedrzeć do umysłu kobiety. Wydawało się, jakby natrętne myśli wpełzały do jej umysłu, rozpychając się na wszelkie możliwe sposoby, depcząc ją, gniotąc i drapiąc ostrymi pazurami. Hermiona chciała się uwolnić. Chciała uciec. Chciała się uratować. Chciała...
     A potem wszystko zaczęło wirować.


     - Hermiono?
     Minęła chwilka. Albo chwila, zamieniająca się w długą, ciężką ciszę. Kobieta czuła, jak coś szarpie ją w okolicach ramienia, ale nie miała siły na reakcję. Czuła błogą lekkość, która jednocześnie jej ciążyła, jakby chciała przygnieść ją do miejsca, w którym leżała. Kanapa? Łóżko? Co to było? Hermiona starała się zdecydować, czy śniła, czy umierała - a jeśli tak, to dlaczego? Przecież miała Emmę, musiała się nią zająć, stworzyć jej szczęśliwy i bezpieczny dom. Musiała być silna, taka silna!
     - Hermiono, ocknij się!
     Głos dochodził jakby zza grubej tafli wody. Odbijał się w uszach szatynki, dźwięczał i promieniował, ale nie znikał. Nie był ani dalej, ani bliżej, po prostu był. Gdzieś, gdzieś, tak po prostu. Kolejne szarpnięcie, a Hermiona odczuła je tak, jakby zimna fala natarła na nią, topiąc ją bezpowrotnie. Aż nagle coś się zmieniło i w ciemnościach głębi zabłysło białawe światełko.
     Światełkiem okazała się Ginny. Ruda pochylała się nad nią, przyglądając się ze zmartwieniem. To ona szarpała ją za ramię i to ona szeptała ciągle jej imię. Jej zaniepokojona twarz rozjaśniła się w mig, kiedy Hermiona wreszcie uniosła powieki i zaczęła wpatrywać się w nią z zaskoczeniem i lekkim zdezorientowaniem. Znajdowały się w ich niewielkim, przytulnym salonie, w kominku wciąż psocił niewygaszony ogień, rzucając światłocienie na otaczające je ściany. Ich uśmiechnięte twarze patrzyły na nie z paru ruchomych zdjęć w ramkach. Szatynka rozglądnęła się dokładniej, przecierając powieki piąstkami. Emma wciąż leżała pośród miękkich poduszek, ale teraz na pleckach. Z jej małych, uśmiechniętych usteczek uciekały jakieś bezkształtne dźwięki. Dziecięca twarzyczka w ogóle cała się uśmiechała, a wargi ciągle były zasłonięte przez małe piąsteczki. Ruchliwy malec, mignęło Hermionie przez myśl. Ku jej zdziwieniu, niedaleko obok Emmy siedziała Stokrotka, domowa skrzatka, która należała do Harry'ego. Podobnie do Zgredka była zupełnie wolna, a mimo to chciała im pomagać i pozwoliła skraść dziecku swoje serce. Kiedy tylko jej na to pozwolili, siadywała obok maleństwa i przyglądała mu się, będąc gotową do jak najszybszej pomocy w opiece nad nim.
     - Coś się stało? - spytała wreszcie Hermiona, siadając na sofie. Pled osunął się od razu z jej ramion.
     Ginny wciąż przyglądała się jej z niepokojem. Wreszcie wzruszyła ramionami i kiwnęła głową w stronę wielkiego okna, obok którego stał sowi drążek. Siedziała na nim wielka, czarna i naprawdę piękna sowa, przyglądająca się uważnie Hermionie. Obok spoczywał list. Kobieta miała wrażenie, że oczy ptaka przewiercają ją na wylot.
     - Zasnęłaś jakimś kamiennym snem, Harry musiał jechać do Ministerstwa, coś związanego z Malfoyem chyba - dodała niepewnie ruda, chcąc przekazać przyjaciółce jak najwięcej informacji. - Emma się obudziła, więc razem ze Stokrotką się z nią bawiłyśmy, a potem przyleciało to wielkie ptaszysko i od piętnastu minut próbowałam cię obudzić, ale w ogóle nie reagowałaś i już przestraszyłam się, że coś się stało - dodała nerwowo, wciąż przyglądając się jej tym spojrzeniem.
     Hermiona przyglądała się kobiecie przez krótki moment, a potem kiwnęła głową, westchnęła i przeczesała włosy. Związała je w niedbałego koka, odrzuciła na bok poplątany pled i wstała z kanapy, podchodząc do ptaka.
     - Już wszystko okej - mruknęła zachrypniętym od snu głosem. Ogarnęła spojrzeniem drążek i pustą miseczkę na wodę i ciastka dla sów. Marszcząc brwi, spytała Ginny, dlaczego nie poczęstowała niczym ptaka.
     - Po tym, jak wpuściłam ją do środka, nie pozwoliła mi się do siebie zbliżyć - burknęła niezadowolona kobieta i wstała z kanapy. Schyliła się do dziecka i wzięła je na ręce, a potem mrucząc coś o paskudnych sowach, ruszyła w stronę kuchni. - Nakarmię ją, w kuchni jest jeszcze trochę mleka, które jej zostawiłaś.
     Hermiona kiwnęła krótko, nieobecnie głową, rozrywając przyniesioną kopertę. Rozwijając list, schylała się do dolnej szuflady w poszukiwaniu sowich chrupek. Wysypała je do odpowiedniej miseczki, a potem zajęła się czytaniem wiadomości.


     Najdroższa Hermiono!

     Tak, jak obiecałem, założyłem Wam specjalną skrytkę u Gringotta, na którą co jakiś czas będę wysyłać Wam pieniądze. Jest założona na Twoje nazwisko, oczywiście. Wiem, co o tym sądzisz, dlatego wysyłam ten list, a nie nalegam na spotkanie, bo pewnie znów byś oponowała, a tak, to wszystko jest już gotowe. Jutro możesz dokonać ostatnich formalności, część pieniędzy już tam jest i czeka na Ciebie. Obiecuję, że nie będę się interesował tym, na co wydajesz te pieniądze, bo wiem, że jesteś mądrą czarownicą i z pewnością wykorzystasz je tak, jak akurat będziesz potrzebować. Gdyby kiedykolwiek czegoś Wam brakowało, daj mi natychmiast znać. Obiecałem, że się Wami zajmę i naprawdę miałem to na myśli, Hermiono.
     W skrytce znajduje się też jeszcze coś - mały drobiazg ode mnie dla Was. Proszę Cię, weź go i nie próbuj go nawet mi oddawać, bo go nie przyjmę. Jeśli nie będziesz chciała go Ty, pomyśl chociaż o Emmie. Nie ukrywam, że chciałbym się nim cieszyć razem z Wami, we trójkę, ale wiem też, że na razie nie jest to możliwe.
     Przez najbliższy czas będę jeszcze w Londynie, a potem pewnie wrócę do Bułgarii. Istnieje też opcja, że kupię dom gdzieś tutaj, żeby być blisko Was, ale to już zależy od Ciebie. Obiecuję, że ustosunkuję się do każdej Twojej decyzji, ale nie ukrywam, że będę walczył tak długo, jak będzie sens. Dużo obietnic, prawda? Pozwól mi być kimś przynajmniej dla niej. To też moja córka.

Wiktor


     Hermiona podczas czytania początku listu opierała się biodrem o parapet. Gdy dotarła do końca, siedziała już na parapecie, a plecami opierała się o zimną szybę. Czuła, jak mróz przechodzi ją na wskroś. Oprócz listu w kopercie znalazła jeszcze klucz do skrytki oraz dużo mniejszą kopertę, na której napis prosił, by otworzyła ją dopiero, gdy będzie u Gringotta. Sama nie wiedziała, jakie dokładnie emocje wzbudziła w niej wiadomość Wiktora. Na pewno ucieszyła się, że wreszcie bez obaw będzie mogła zapewnić Emmie wszystko to, co powinna zapewnić swojemu dziecka matka. Hermiona, co prawda, nie narzekała już na brak pracy, ale z dnia na dzień pieniędzy też nie dostanie. Dopiero za parę dni w jej skrytce pojawi się wypłata. Z drugiej jednak strony kobieta nie znosiła być komuś coś winna. Czuła się dziwnie, ot tak przyjmując pieniądze od Wiktora, nawet jeśli był ojcem Emmy i to dla niej te pieniądze były przeznaczone.
    Panna Granger złożyła kartkę na cztery, schowała ją do kieszeni i gdy upewniła się, że sowa odpoczęła wystarczająco, otworzyła okno i wypuściła ją. Za ten czas przez okno wpadło trochę śniegu, który po zetknięciu się z komodą z ciemnego drewna niemal od razu się roztopił. Hermiona spojrzała na zegarek kątem oka, starła dłonią drobne kropelki wody, a potem ruszyła do kuchni, gdzie powinna być Ginny z jej córką. Stojąc w progu i opierając się ramieniem o framugę, obserwowała, jak przyjaciółka karmi maleństwo, czerpiąc z tego nieopisaną przyjemność.

***

[Passenger - Let her go]
     Następnego ranka jeszcze w kuchni Hermiona poprosiła Harry'ego o pozwolenie na przyjście do pracy troszkę później. Po otaksowaniu jej zaciekawionym spojrzeniem, mężczyzna wzruszył ramionami i w końcu jej na to pozwolił, doskonale zdając sobie z tego sprawę, że gdyby jego przyjaciółka nie miała dobrego powodu do opuszczania pracy, to by tego nie robiła. Jak zwykle zjedli śniadanie całą trójką, Hermiona z Emmą w ramionach, później obydwie kobiety pożegnały Harry'ego, szatynka oddała córkę przyjaciółce i wkrótce sama zniknęła w tylko sobie znanym miejscu.
     Bank Gringotta był dokładnie taki, jakim zapamiętała go z ostatniej wizyty w nim. Do tej pory nie zdarzało jej się często do niego zaglądać, pamiętając jeszcze przygodę, gdy zamieniła się w paskudną Lestrange. Choć działali wtedy w dobrej wierze, gobliny wciąż miały Hermionę w pamięci i wciąż zdarzało im się krzywo na nią zerkać - niezależnie od tego, jak miła była i jak ślicznie się do nich uśmiechała. W dalszym ciągu była w ich oczach po prostu oszustką.
     Obcasy jej kozaków stukały głucho o posadzkę banku, kiedy spokojnie zmierzała do wolnego okienka. Gdy dotarła, poprawiła ciemne okulary, bo pomimo grudnia na zewnątrz świeciło rażące słońce, i kolejny raz wyciągnęła z kieszeni list od Wiktora. Przebiegła szybko wzrokiem po jego treści i schowawszy go, położyła swoją różdżkę przed goblinem.
     - Chciałabym się dostać do mojej najnowszej skrytki, założonej przez Wiktora Kruma. Granger.
     Goblin uniósł powoli głowę z nad wypełnianych papierów i otaksował ją nieprzyjemnym spojrzeniem. Wziął w długie palce jej różdżkę, sprawdził ją dokładnie, a potem odłożył na ladę i kiwnął powoli głową, kłaniając się lekko.
     - Oczywiście, panno Granger. Ragnuk panią zaprowadzi.
     Schowała różdżkę i to był jedyny ruch, jaki wykonała w stronę stworzenia. A potem poszła za następnym goblinem.
     Korytarze banku wciąż wyglądały tak samo. Podejrzewała, że wszystko zostało odbudowane tak, by cały budynek był identyczny jak przed ich małą przygodą ze smoczym strażnikiem. Kiedy wróciła do niego pamięcią, po jej plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Tak strasznie bała się wysokości, a jego grzbiet wynosił ją na niemałe! Ragnuk bez słowa prowadził ją przez kolejne kondygnacje, jechała z nim w tym przeklętym wagoniku i przez cały czas czuła na sobie jego uważne spojrzenie. Gdy dotarli, ukłonił jej się lekko i wskazał na jedne z drzwi, podając jej klucz.
     Z zewnątrz każda skrytka wyglądała tak samo i nikt poza goblinami nie wiedział, która z nich jakich rozmiarów jest. Pojęcia o tym nie miała również i Hermiona, ale będąc szczerym - spodziewała się, że o ile pomieszczenie może być duże, to ilość znajdujących się w nim pieniędzy niekoniecznie. Weszła do środka, a gdy zobaczyła, jak sytuacja naprawdę się przedstawia, zachłysnęła się powietrzem i mało brakowało, a przewróciłaby się. W ostatniej chwili udało jej się oprzeć o ścianę, obok której stała. Komnata była ogromna - znacznie większa od jej dotychczasowej, a i pieniędzy nie było w niej mało. Jedne stosy galeonów większe od drugich były po prostu wszędzie, gdyby Hermiona chciała, mogłaby w nich pływać. Kiedy kobieta oswoiła się z myślą, że dzięki Wiktorowi może w pełni stanąć na nogi, odetchnęła głębiej, poprawiła płaszcz i wtem, nagle, przypomniała sobie o mniejszej kopercie, którą Krum dołączył do swojego listu.


     Stań plecami do wejścia i odwróć się o 95 stopni, kochanie.


     Ignorując ostatnie słowo, zrobiła to, o co poprosił na karteczce i początkowo niczego nie zauważyła. A potem w oczy rzucił jej się dość wysoki i wąski stoliczek, na którym coś leżało. Chwilę później to coś okazało się pękiem paru kluczy i dołączoną do nich kolejną karteczką - sztywnym kartonikiem z zapisanym na nim adresem. Hermiona w kolejnym czystym szoku pokręciła lekko głową, zagryzając wargę, żeby przypadkiem z jej ust nie wymknęło się ciche westchnienie, bo nie wiedziałaby, jak je zinterpretować.
     - Niemożliwe - szepnęła i chcąc przekonać się, że jednak nie śni, sięgnęła po klucze. Gdy dotarło do niej, że to nie sen, że naprawdę trzyma w drżącej dłoni ich pęk, zawróciła i czym prędzej wyszła ze skrytki, każąc goblinowi ją zamknąć. Wkrótce później obydwoje znaleźli się w górnej komnacie banku, a ona czym prędzej wyszła przed bank, zaciskając zdrętwiałe palce na kartoniku z adresem. Deportowała się z cichym trzaskiem.

     Okolica była spokojna i cicha. Parę domków na krzyż, ale takich domków, że od razu było znać, że ich właściciele to nie lada szychy. Średniej wielkości posiadłości, ale pięknie wykończone, zadbane i jak najbardziej zamieszkałe, choć o poranku można było mieć co do tego wątpliwości. Lokatorzy każdego z nich z pewnością jednak znajdowali się już w pracy czy gdziekolwiek indziej. Młoda czarownica w czarnym płaszczu obracała się wolno dookoła własnej osi i pożerała wzrokiem te piękne domy, a wraz z nimi niedużą, krętą drogę w stronę miasta, przyległy do jednego z domów las, który zachęcał wręcz do wędrówki po nim, do niewielkiego jeziorka otoczonego zapewne polaną, teraz pokrytą grubą warstwą śnieżnego puchu. Wodę odgradzały od jednej z parceli potężny głaz i parę innych, mniejszych, wspólnie tworzących naturalną granicę między tymi dwoma terenami. A może to czyjaś ręka ustawiła je w tak malowniczy sposób?
     Hermiona przyjrzała się uważniej domowi graniczącemu z jeziorem i zmarszczyła brwi. Zerknęła na skrzynkę na listy i wyryty w niej numer, a potem wróciła spojrzeniem do wciąż trzymanej karteczki. Dom był piękny, a kobiecie zaparło dech w piersiach, bo jeśli dobrze wydedukowała, to w drugiej ręce trzymała klucz właśnie do tych drzwi, właśnie do tej posiadłości - a ona urzekła ją w mgnieniu oka. Budynek i otaczające go tereny były znacznie mniejsze od innych, które Hermiona miała okazję tu już ujrzeć. Posesja ogrodzona wysokim płotkiem wraz z żywopłotem zdecydowanie zaliczała się do zadbanych, do tych, z którymi właścicielom trudno jest się rozstać. Kobieta nie miała zielonego pojęcia, jak ogród wyglądał latem, ale była pewna, że brzydko wręcz nie miał prawa. Tutaj wszystko było piękne. Hermiona schowała kartkę do płaszcza i wolną ręką pchnęła bramę, która zareagowała od razu, otwierając się. Już po chwili czarownica stąpała po odśnieżonym chodniczku z owalnych kamieni, prowadzącym prosto do potężnych i wspaniałych drzwi wejściowych. Przesunęła dłonią po ich gładkiej powierzchni i ciche westchnienie wyrwało jej się z ust. Wszystko wokół pachniało świeżym, mroźnym powietrzem, a drzwi eukaliptusem, z którego zapewne były wykonane. Drżąc niemal na całym ciele, Hermiona wsunęła klucz do zamka.
     Pasował idealnie.
     A kobieta w czerni wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.
    
***

     Krum czekał na nią na piętrze ich zespołu, tuż przed jej gabinetem. Siedział spokojnie na sofie, przyciągając ciekawskie spojrzenia każdego, kto tylko się nawinął. Dzielnie to ignorował, przeglądając z wielkim zainteresowaniem jakąś babską gazetę, którą podrzuciła mu tutejsza sekretarka, przepraszając jednocześnie, że aktualnie ma jedynie coś takiego. Wiktor nie przejawiał żadnych oznak zaskoczenia, że Hermiony nie ma w pracy, zniecierpliwienia, że musiał na nią czekać, złości, że każdy mu się przygląda... Był odzwierciedleniem pogodności, opanowania i spokoju, którego brakowało w tym momencie paru osobom. Którejś z tych trzech cech - jeśli nie wszystkich, zabrakło na pewno Harry'emu Potterowi, kiedy wyszedł uśmiechnięty z windy i ujrzał Bułgara przed gabinetem swojej przyjaciółki. Uśmiech i rozbawienie zniknęły, jak ręką odjąć, brunet sam od razu poczerwieniał, a z jego gardła wydobył się nie do końca zidentyfikowany dźwięk, który plasował się gdzieś między dławieniem a warczeniem.
     O'Sullivan przez czysty zbieg okoliczności wychylił się ze swojego biura, chcąc go akurat odnaleźć i spytać o to, czy Hermiona woli krewetki czy sushi, ale wtem nieomal został stratowany, kiedy Potter pędem ruszył w stronę Kruma. Wykrzykując na cały budynek wściekłe "TY!" zaskarbił sobie trochę uwagi zaskoczonego Wiktora, którego twarz od razu jednak pobladła, gdy tylko zrozumiał, że to jego ktoś właśnie zaczął ścigać. I że tym kimś był Harry Potter - Złoty Chłopiec, Który Przeżył i Pokonał Voldemorta, najlepszy przyjaciel kobiety, którą porzucił, gdy ta nosiła pod sercem ich wspólne dziecko. Wiktor doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że któregoś dnia podobne spotkanie będzie musiało mieć miejsce. Zdawał sobie też sprawę, że jeśli Hermiona zaraz się tu nie pojawi, to będzie w poważnych tarapatach. I choć wiedział, że sobie zasłużył, to miał gorącą nadzieję, że ta sytuacja jakoś się odwlecze. Nadzieja matką głupich.
     Inny obecni w biurze za to doskonale powiązali fakty i stwierdzili, że między Granger a Krumem coś musiało być - coś, czego być nie powinno, skoro ich spokojny Harry zareagował w taki sposób. O'Sullivan też doszedł do podobnego wniosku i wyjechawszy w swoim krześle na korytarz, z zaciekawieniem obserwował rozgrywającą się na jego oczach scenę.
     - Potter! - Krum chciał, żeby to słowo zabrzmiało naprawdę męsko, chciał pokazać, że się go nie boi i że z typową dla siebie siłą stanie z nim twarzą w twarz. Z chcenia wyszedł jednak słaby jęk, co dodatkowo ujęło Wiktorowi na pewności siebie.
     - Tyyy...! Ty bydlaku wstrętny! TY! Agrrr - zawarczał Harry, dopadając w paru susach do Bułgara. Ze spotykaną sobie zwinnością chwycił go za kołnierz koszuli i zacisnął mocno, odcinając mężczyźnie na moment dopływ powietrza do płuc. Co z tego, że Wiktor był od niego wyższy? Co z tego, że był postawniejszy? Większy, silniejszy? Złoty Chłopiec był wściekły i wszystkie atuty Kruma nie mogły się z tym nawet równać! Ha!
     - Potter! - powtórzył żałośnie Wiktor, chwytając silnymi dłońmi za przeguby Harry'ego. Na nic mu się to jednak nie zdało, bo zaraz jedna z pięści trzymającego go mężczyzny znalazła się pod jego okiem, a sekundę później na jego szczęce. Jakaś kobieta, prawdopodobnie młodziutka sekretarka, pisnęła przerażona. - Przestań, na Merlina! PRZESTAŃ!
     Harry nie przestawał, ba! okładał go jeszcze mocniej, popychając na ścianę, a Wiktor nie miał pojęcia, co robić. Jeśli nie zareaguje i po prostu pozwoli się bić, wyjdzie na ofermę przed tyloma ludźmi, a jeśli mu odda i powali na podłogę, to wszystko dojdzie w tempie ekspresowym do Hermiony, a przecież on nie mógł teraz niczego przeskrobać, bo jego karta musiała być czysta.
     - Jak mogłeś jej to zrobić, ty plugawa...! Jak w ogóle śmiesz się tutaj pokazywać?! Po tym, co jej zrobiłeś, ty! Ty! Ty! Zabiję cię! - warczał wściekle Harry, bez przerwy okładając do pięściami po twarzy: po oczach, nosie, szczęce - wszędzie! Nie docierały do niego kolejne krzyki, ani te krótsze, urwane, ani dłuższe. Nikt nie odważył się nawet do niego podejść i spróbować go odciągnąć, nikt nie pomyślał nawet o czarach. Wszyscy przyglądali się przerażeni i zszokowani, bo Potter każdego dnia był pogodny, spokojny i uśmiechnięty, a podczas każdej akcji zwykle udawało mu się trzymać emocje na wodzy. Nigdy nie wydarzyło się nic podobnego.
     Nikt nie zwrócił uwagi na rozsuwające się drzwi windy. Wszyscy obserwowali, jak zakrwawiona już pięść Harry'ego Pottera po raz kolejny szybuje w stronę nosa Wiktora Kruma. Nikt nie usłyszał postukiwań obcasów ani szelestu płaszcza przewieszonego przez ramię eleganckiej i zupełnie zamyślonej kobiety. Wszyscy patrzyli, jak Wiktor pluje krwią, próbując jednocześnie uniknąć kolejnego ciosu. Nikt nie zauważył, jak nowo przybyła osoba nagle staje, jak płaszcz oraz torebka wypada z jej objęć, a ona sama nagle rusza z miejsca i próbuje czym prędzej dotrzeć do walczących mężczyzn. Z dziwnego zafascynowania, jakie ogarnęło każdego, otrząsnął się dopiero Markus, gdy zapach perfum Hermiony zadziałał na jego zmysły. Nim jednak zdążył zareagować on albo ktokolwiek, kobieta już była za Harrym, popełniając tym samym pierwszy podstawowy błąd - nigdy nie zachodź od tyłu walczącego mężczyzny, a już szczególnie nie wtedy, gdy ten jest tak bardzo wściekły i gdy do tego wszystkiego jest jeszcze aurorem.
     - Harry, przestań! Zabijesz go! - zawołała histerycznie Hermiona, uwieszając się na prawym ramieniu przyjaciela. Nie wiedziała czerwonej mgły, jaka zasnuła spojrzenie Pottera. Nie słyszała szalejących po jego głowie myśli, w tym jej płaczu z przeszłości. Widziała tylko rozszalałą bestię, której temperament rósł każdego dnia od zakończenia szkoły, a który nigdy nie miał jeszcze okazji naprawdę wyjść na jaw. A Harry nie widział ani nie słyszał Hermiony - jego małej siostrzyczki, o którą miał się troszczyć i dbać.
     Nim ktokolwiek zdążył zareagować, brunet wyrwał swoje ramię z uścisku dziewczyny i puszczając na moment Kruma, wymierzył wściekle cios za siebie. Trzymające go z tyłu dłonie od razu zniknęły, po korytarzu podniósł się przestraszony krzyk paru osób i w tej samej chwili rozległ się dźwięk upadającego na ziemię ciała. Zapadła grobowa cisza, przerwana nagle cichym szlochem młodej sekretarki. W dalszym ciągu nikt się nie ruszył, ale do tego grona dołączył również Harry, który nagle się opamiętał i opuścił obolałe, czerwone od krwi ręce. Kiedy ze stojącego niemal naprzeciwko niego fotela zerwał się pobielały jak kreda Markus, Harry rozejrzał się, nie rozumiejąc. Najpierw jego uwagę przykuł ruch po prawej stronie, gdzie stał zakrwawiony Krum. Rozpoznawszy go, wściekłość znów ogarnęła mężczyznę, ale wtem zniknęła, zupełnie jak za machnięciem różdżki. Spojrzenie Pottera ogarnęło resztę przyglądających im się osób, którzy wcale nie patrzyli na Kruma czy jego. Każdy zerkał gdzieś niżej, gdzie spojrzał też i Harry, zachłystując się od razu powietrzem.
     Dwa, a może trzy kroki od niego leżała na podłodze jego Hermiona, jego mała i bezbronna Hermiona, którą miał bronić. Tuż obok niej był już Markus, starający się ją dotknąć i pomóc chociażby wstać, ale kobieta odtrącała jego dłonie z dzikością przypominającą pojmane zwierzę. Jej ramiona drżały, kręcone włosy wymknęły się z idealnego upięcia, opadając w dół i tym samym zakrywając zawsze pogodną i uśmiechniętą twarz Hermiony. Drobna dłoń ozdobiona krwią wysunęła się zza ich kurtyny. Nikt nie wiedział, czy krew należała do Kruma, Pottera czy jej samej. Kobieta zaszlochała bezgłośnie, garbiąc się i próbując unieść, a Harry i Wiktor jako jedyni wiedzieli, że płacz wcale nie był efektem bólu, tylko wspomnień.
     - Hermiona... Hermiono, ja, ja... - wydukał Harry, a potem zagryzł dolną wargę do krwi i zasłonił usta obolałą ręką, nie wiedząc, co powiedzieź. W jego oczach pojawiły się łzy, które po wysunięciu się na przód ujrzał tylko Wiktor oraz Markus.
     - Patrz, co jej zrobiłeś - niewyraźnie syknął wściekły Krum. Teraz on gotował się do wymierzenia ciosu, ale Markus w ostatniej chwili go przed tym powstrzymał, zapobiegając jednocześnie kolejnej wojnie. Każdy ze zgromadzonych spodziewał się pewnie, że Harry zaraz weźmie nogi za pas i schowa się w swoim biurze, dlatego ogarnęło ich wielkie zdziwienie, kiedy mężczyzna wyciągnął z kieszeni swoją chusteczkę i padłszy na kolana, mocno przygarnął do siebie trwającą w dziwnym bezruchu Hermionę, a ona - o dziwo - wcale go nie odepchnęła, tylko jeszcze bardziej do niego przywarła, obejmując go jedną ręką. Drugą trzymała dziwnie przykurczoną przy sobie, tak że nikt nie zwrócił na nią nawet uwagi.
     - Tak bardzo boli, Harry, to tak bardzo boli - mamrotała, jak w amoku, kręcąc głową. Skapująca z jej wargi i nosa krew brudziła jasną koszulę bruneta, gdy ten z pomocą Markusa wstał i wziąwszy kobietę na ręce, ruszył w kierunku jej gabinetu. Wiktorowi gestem nieznoszącym sprzeciwu kazał pójść za nimi, na co ten bez słowa przystał.
     - Rozejść się i zabrać do roboty, bo w innym przypadku każdego pozwalniam - burknął cicho, a potem drzwi do gabinetu Hermiony Granger zamknęły się wręcz bezgłośnie, kiedy cała trójka za nimi zniknęła.

     Zbierając porzucone w korytarzu i zapomniane przez Hermionę płaszcz i torebkę, analizował w głowie wszystko to, co zobaczył tego ranka w biurze. Nieoczekiwanie przyszła mu do głowy myśl, że dobrze, że o tej porze nie wszyscy jeszcze byli w pracy. Im mniej świadków, tym lepiej, choć nie wątpił, że informacja o całym zdarzeniu rozprzestrzeni się w oka mgnieniu, i to już za chwilkę.
     Markus nie był głupim człowiekiem, ba! on był bardzo inteligentny i często potrafił wyciągnąć dobre wnioski z tego, co ujrzał. I teraz, po powtórzeniu sobie tego, co było mu wiadome o całym Złotym Trio, które rozpadło się jakiś czas temu; co o samej Hermionie, on już wiedział. Odłożył zebrane rzeczy kobiety na sofę w swoim gabinecie i usiadł przed biurkiem i laptopem, zastanawiając się, co nie pasowało mu w reakcji kobiety. Gdyby on na jej miejscu dostałby od kogoś w twarz, nawet przez przypadek i nawet gdyby był to najlepszy przyjaciel, na pewno nie wybrałby jego ramion i zakrwawionych dłoni, odpychając te całkiem niewinne. Chyba że...
     Markus przysunął do siebie komputer i wyszukał internetowe wydanie Proroka Codziennego. Zwinnymi palcami wpisał "Hermiona Granger" w wyszukiwarce i spis artykułów o jego koleżance załadował się w ciągu trzech sekund. Nie minęło nawet następnych pięć, gdy już patrzył na ruszające się zdjęcie zaskoczonej szatynki, kiedy przyłapano ją podczas opuszczania w popłochu domu. Jej młodsza, ale zawsze śliczna twarz, te same oczy, niemal identyczne włosy i niecodzienny widok rozbitej wargi oraz rozciętej brwi, których nie zdążyła wystarczająco dobrze zatuszować. Nie minęło następnych dziesięć sekund, kiedy Markus przypomniał sobie i dołożył do tego wszystkiego wykład Pottera o tym, co z nim zrobi, jak ją skrzywdzi.
     Przystojny pan O'Sullivan, podwójna twarz, świetny auror i równie dobry szpieg zrozumiał i już wiedział.

14 komentarzy:

  1. Ja zaglądam :) Rozdział jest cudowny, pełen emocji... Wstrzymałam oddech, kiedy Harry zaatakował Wiktora! Niesamowity opis. Jestem ciekawa, czy Hermiona przeprowadzi się do tego domu, który kupił jej Krum. Czekam na następny rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzobardzobardzo mi miło :) Cieszę się, że rozdział wzbudził emocje, bo w sumie o to mi właśnie chodziło :)

      Usuń
  2. Ja również wchodzę, wchodziłam niemalże codziennie, z niecierpliwością czekając na kolejny rozdział ;) Zastanawiam się tylko, skąd u licha na biurku Marcusa wziął się laptop? :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czekałam, aż ktoś o to spyta :D chciałam nieco zaznaczyć, że czarodzieje coraz bardziej korzystają z wynalazków mugoli, poza tym, pod koniec 2001 były już pierwsze laptopy, choć nie znane tak bardzo, jak komputery :>

      Usuń
    2. Ciekawa koncepcja, internetowe wydanie "Proroka" to musi być coś ;) Ciekawe jakie jeszcze wynalazki mugoli mogą się czarodziejom przydać w życiu. Liczę na Twoją inwencję, nie tylko w tej kwestii ;)

      Usuń
    3. Ja liczę tym bardziej :D

      Usuń
  3. Ja także tu zaglądam i to nawet codziennie:)
    W końcu się doczekałam i jestem szczęśliwa.
    Rozdział cudowny<3
    Czekam na kolejny z niecierpliwością. Mam nadzieję że pojawi się szybciej:)

    Pozdrawiam i życzę dużo weny Jagoda:);*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strasznie miło czytać mi takie miłe i wspaniałe słowa <3 Podejrzewam, że pojawi się znacznie szybciej, bo już zaczęłam go pisać! :)

      Usuń
  4. Witam witam ;) Na początek nadmienię - piękny szablon! Minimalizm taki, ale bardzo ładny.
    Co do twojego dzieła szczerze przyznam, że nie przeczytałam jeszcze poprzednich rozdziałów, ale myślę że dziś wieczorem nadrobię. Strasznie mi się podoba pomysł z Krumem, nie pamiętam, żeby ktokolwiek w opowieściach miłosnych o pannie Granger o nim nadmienił.
    Natomiast co do samego rozdziału to powiem, że naprawdę mi się podobał. Tworzysz złożone postacie, z Krumem widać nie są razem ( wybacz, że jeszcze nie wiem jak to tam dokładnie przedstawiłaś;) ), ale nie opisujesz go jako tego złego, widać że się troszczy, a Harry też nie jest do końca święty. ;)
    Za moment dołączam do obserwatorów.
    Jeśli masz chwilkę zapraszam do mnie, również potterowskie ;).( niedługo wstawię nowy post po bardzo długiej przerwie)
    Pozdrawiaam.
    [malfoy-issue.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa :) Do przeczytania poprzednich rozdziałów serdecznie zapraszam, a ja już pędzę do Ciebie ; )

      Usuń
    2. Również dziękuję ;). Uprzedzam tylko od razu, że mój prolog różni się bardzo od reszty opowiadania, był pisany o wiele wcześniej niż cała reszzta.

      Usuń
  5. "O'Sullivan też doszedł do podobnego wniosku i wyjechawszy w swoim krześle na korytarz, z zaciekawieniem obserwował rozgrywającą się na jego oczach scenę."
    Wyobrażenie sobie Markusa wyjeżdżającego ze swojego gabinetu na obrotowym krześle - bezcenne. Moja wyobraźnia świruje!:D

    Zdecydowanie mój ulubiony rozdział. Chociaż (muszę to z bólem przyznać) wolałabym, żeby Hermiona mocniej oberwała. Żaden sadyzm (!), po prostu strasznie ciekawie czytało się całą akcję, a gdyby się jeszcze więcej krwi polało... Ach!:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejny zarąbisty rozdział... Uwielbia, po prostu ubóstwiam to opowiadanie

    OdpowiedzUsuń
  7. Wkurza mnie ten Wiktor i to co raz bardziej ;/ Należało mu się! Tylko dlaczego Hermiona też musiała dostać? Jestem ciekawa co zrobi Marcus ze swoją wiedzą?

    OdpowiedzUsuń

- +